Aaaaby pogadać z zielonym

Od kiedy Kopernik wstrzymał Słońce, a ruszył Ziemię, nic nie jest takie samo. Człowiek raz na zawsze stracił swoją pozycję pępka Wszechświata i nieustannie stara się zdefiniować swoją tożsamość. Gdy tylko wydaje mu się, że już, już odnalazł swoje miejsce w szeregu, za każdym razem okazuje się, że musi się przesunąć parę miejsc do tyłu. Z każdą chwilą stajemy się coraz mniej wyjątkowi i, by tak rzec, coraz mniej wybrani.
Kiedy już odkryliśmy, że nie my jesteśmy najważniejsi w kosmosie, że znajdujemy się na niewielkiej planecie krążącej wokół mocno przeciętnej gwiazdy, kiedy dotarła do nas zupełna przypadkowość naszego istnienia, poczuliśmy się zagubieni. Pustka kosmosu zwaliła się na nas całą swoją niezmierzalnością.
Punkt widzenia zależy, jak wiadomo, od punktu siedzenia i im siedzenie mniej satysfakcjonujące, tym wzrok sięga dalej. Po stracie posady pępka świata człowiek wpadł na pomysł, że dobrze by było przekonać się, czy ktoś jeszcze gdzieś tam w tej przestrzeni mieszka. Miło by było usłyszeć dolatujące z kosmosu "tu Jodła, jak mnie słyszysz?".
Powstał program SETI, czyli Search for Extra-Terrestrial Intelligence, mający na celu nawiązanie kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi, które mogłyby emitować sygnały radiowe lub świetlne. Dlaczego sądzimy, że "obcy" wybraliby taką właśnie metodę kontaktu? Cóż, patrzymy tutaj przez pryzmat własnego podwórka. Po pierwsze emitowanie sygnałów radiowych na interesującej nas częstotliwości mających osiągnąć kiedyś tam swój cel wymaga dobrego nadajnika, a "odessanie" sygnałów przychodzących do nas z całego kosmicznego szumu - dobrego odbiornika. Jedno i drugie jest względnie tanie. Po drugie - zakres poszukiwań. Jeśli mamy kiedyś na kogoś trafić, musi on być maksymalnie szeroki. Wysłanie, dajmy na to, sond w kierunku wszytkich interesujących nas gwiazd generowałoby potworne koszty, trwało znacznie dłużej i nie gwarantowało, że któraś w ogóle do celu dotrze.

seti
Radioteleskop w Arecibo wykorzystywany do nasłuchu kosmosu. Źródło

No dobrze, ale w samej Drodze Mlecznej jest jakieś 200 miliardów gwiazd, w całym Wszechświecie to nawet strach pomyśleć ile, gdzie więc słać sygnały? Wszędzie? Bez sensu. Postanowiono zawęzić krąg "podejrzanych" kierując się czterema przesłankami. Założono, że organizmy poszukiwanych form żywych oparte będą na związkach węgla tak, jak to jest w naszym przypadku. Do egzystencji niezbędna będzie woda w stanie ciekłym. Gwiazda, w pobliżu której mogłoby rozwinąć się życie, musi mieć parametry podobne do Słońca, bo tylko taka świeci odpowiednio długo i mocno, by to życie (oparte na związkach węgla) zaistniało. No i oczywiście założono, że innym również zależy na kontakcie z nami. Po przesianiu wszytkich gwiazd przez to sito wytypowano około 800. Wszystkie są podobne do Słońca i znajdują się mniej niż 100 lat świetlnych od nas. To właśnie w ich kierunku wysyłane są sygnały. Zgodnie z zasadą przezorny zawsze ubezpieczony od czasu do czasu fale radiowe kierujemy również w inne rejony naszej Galaktyki. To tak na wypadek gdybyśmy się mieli kiedyś nieźle zdziwić.
Program SETI trwa bardzo krótko, bo zaledwie 30 lat, i od początku budzi wielkie emocje. Przede wszystkim pada pytanie, czy jest sens podejmować tego typu działania. Przeciwnicy twierdzą, że szanse nawiązania kontaktu są zerowe i wodospady pieniędzy traci się na realizację czyichś mrzonek zamiast skierować je do potrzebujących na naszej planecie. Typując "podejrzanych" założyliśmy, że warunki bytowe dla inteligentnych organizmów żywych muszą być podobne do naszych. Jeśli się mylimy, to możliwe, że przykładamy ucho nie do tej części Wszechświata, co trzeba. Może być też tak, że szukamy dobrze, ale używamy niewłaściwych narzędzi. I w końcu może my nadajemy, a tam nie ma komu odebrać.

ET
Co by było, gdyby wyglądali dokładnie tak? Źródło

Czy warto nasłuchiwać, co w kosmosie piszczy? Moim zdaniem tak. Już niejeden raz w historii świata bywało, że ten i ów pukał się w czoło, a potem okazywało się, że krytykował pomysł genialny. Program trwa jeszcze zbyt krótko, by mógł być rzetelnie oceniony. Poza tym może ci, których nasłuchujemy, najzwyczajniej w świecie nie zaczęli jeszcze nadawać? W każdym razie im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem przekonana, że nie jest możliwe, byśmy byli we Wszechświecie sami. Samotni Ziemianie w całej dostępnej obserwacjom przestrzeni kosmicznej? Brrrr, to byłoby straszne.
Jeśli ktoś chciałby przyczynić się do ewentualnego przyszłego sukcesu, może rozpocząć szukanie cywilizacji pozaziemskich bez ruszania się z fotela (no, co najwyżej po to, żeby sięgnąć po chipsy). Może odwiedzić stronę Seti@Home i przyłączyć się do poszukiwań, wykorzystując do tego Internet. Wdzięczność potomnych będzie najlepszą nagrodą.
Niech scibor1, którego słowa w komentarzu po raz kolejny okazały się dla mnie inspirujące, wybaczy mi prześliźnięcie się po powierzchni tematu. Żeby wejść w szczegóły, trzeba by wiedzieć nieco więcej. :-)

0 komentarze :

Prześlij komentarz