Co wybuchło na Syberii w 1908 r.?

W 1908 roku, dokładniej w czerwcu... w drugiej połowie czerwca... to znaczy 30 czerwca (niewtajemniczonych uświadamiam, że właśnie sprarafrazowałam słynną kwestię z "Rejsu") pewien biedny rosyjski chłop - nazwijmy go Iwan - wyszedł z domu i pogonił swoje krowy na miejsce, gdzie je zazwyczaj wypasał. Nie zdawał sobie przy tym sprawy, że po raz ostatni trzaska drzwiami, gderając na upierdliwą - jego zdaniem - żonę, po raz ostatni mija chałupę młodej sąsiadki i po raz ostatni zastanawia się, co też Julia Wołodimieriewna włożyła dzisiaj pod spód i czy w ogóle coś włożyła. Około 7.00 rano Iwan zobaczył pędzącą przez nieboskłon potężną kulę jasnością dorównującą Słońcu. Zanim zdążył się głębiej zastanowić nad istotą zjawiska, okolicą strząsnął potężny wybuch, a chłop wraz z jego krowami oraz okolicznymi drzewami został zmieciony z powierzchni ziemi. Miał pecha. Po prostu był za blisko.
W 1908 zdarzyło się coś, co na zawsze spędziło sen z powiek badaczom różnej maści. Na wysokości 62 równoleżnika szerokości geograficznej północnej, w rejonie rzeki Podkamiennaja Tunguska miała miejsce potężna eksplozja. Sejsmografy na całej Ziemi odnotowały bardzo silne wstrząsy, rosyjskie magnetometry pokazały w tym rejonie drugi magnetyczny biegun północny. Na obszarze 2000 kilometrów kw. tajga została zrównana z ziemią - drzewa powalone i odarte z kory. W odległości 20 km od epicentrum wybuchu ludzie stracili na pewien czas słuch z powodu potężnej fali dźwiękowej. Zginęły setki zwierząt dzikich i domowych. Dzień później w Bordeaux można było w środku nocy czytać bez posługiwania się oświetleniem. Francuskie miasto nie było rzecz jasna odosobnione. Tego samego zjawiska białych nocy można było doświadczyć w całej Europie. Co się stało?
Pierwsza wyprawa naukowa pod przewodnictwem Leonida Kulika dotarła w miejsce katastrofy dopiero w 1927 roku. Dlaczego zwlekano 19 lat? Pamiętajmy, że był to okres bardzo burzliwych wydarzeń historycznych w Rosji i na świecie (rewolucja październikowa, I wojna światowa i tego typu sprawy), więc wyjaśnienie zdarzeń tunguskich odstawiono na boczny tor. Leonid Kulik wykorzystał pierwszą nadarzającą się okazję, wyruszył, zrobił zdjęcia i oto co udokumentował:

drzewa
Zdjęcie zrobione przez Kulika w 1927 roku. Źródło

Kulik był przekonany, że w ziemię uderzył potężny meteoryt złożony z żelaza i niklu, a ekspedycja miała na celu między innymi odnaleźć jego szczątki. Przeczesano pozostałości tajgi, przeszukano bagna i... nic nie znaleziono. Żadnych odłamków skalnych. Ba, nie udało się zlokalizować niczego, co od biedy mogłoby posłużyć za krater uderzeniowy! Po prostu powalone drzewa i wsio.
Rezultat badań uczonego rozpętał lawinę przypuszczeń i hipotez. Na potrzeby tego wpisu odrzućmy teorie o (nieudanym) lądowaniu statku obcej cywilizacji na powierzchni naszej planety, ataku tejże czy innej cywilizacji, potężnym wybuchu gazów bagiennych lub też światowym spisku kół masońskich i szatańskich, a skupmy się na tezach bardziej prawdopodobnych.

syberia
Na mapce oznaczono miejsce katastrofy. Gdzie Syberia, a gdzie Bordeaux! A białe noce były, oj, były. Źródło

W 1962 roku kolejna wyprawa uczonych radzieckich, dysponująca - było nie było - nowocześniejszym sprzętem, odkryła jednak to i owo. Odnaleziono niewielkie ilości pyłu kosmicznego oraz wiele stopionych ze sobą cząstek metalu. Były to mocne argumenty popierające teorię o upadku meteorytu. Nadal jednak nie odnaleziono ani żadnych większych kawałków, ani krateru. To skłoniło uczonych do przypuszczenia, że tak naprawdę nie miało miejsce zderzenie z powierzchnią Ziemi, ale eksplozja mniej więcej 10 km wyżej.
Co eksplodowało? A, to różnie sądzono, różnie. Podejrzenia padły nawet na kometę Enckego, która, jako kometa krótkookresowa, co 3,3 roku przelatuje w pobliżu Ziemi. Przypuszczano, że kawał tego stałego bywalca naszego nieboskłonu oderwał się i poszybował w kierunku planety. Jądra komet w dużej części zbudowane są z lodu i ten fakt miałby tłumaczyć brak odłamków. Po prostu lód wyparował w momencie wybuchu i koniec. Czy kometa Enckego jest Bogu ducha winna czy też rzeczywiście winna, nie dowiedziono.
Pewna grupa włoskich uczonych upiera się jednak przy tezie o kontakcie ciała kosmicznego z powierzchnią planety. Dowodzą, że kraterem uderzeniowym miałoby być jezioro Czeko o dziwnym, owalnym kształcie. Jezioro nie widnieje na żadnej z map sprzed 1929 roku. W 2008 roku miała wyruszyć ekspedycja, aby zbadać ten nietypowy twór. Czy wyruszyła i co ewentualnie ustaliła? Informacji na ten temat nie posiadam, ale może ktoś życzliwy mnie w tej kwestii oświeci. Liczę na to.

jezioro Czeko
Jezioro Czeko. Kandydat na krater uderzeniowy. Źródło

Obecnie, wbrew uczonym z Uniwersytetu Bolońskiego, zwycięża teza o eksplozji 10 km nad powierzchnią Ziemi kamiennego meteoroidu o rozmiarach około 60 metrów. Wcześniej, po wejściu w atmosferę, ciało to musiało ulec rozpadowi na mniejsze części. Czy teza ta jest słuszna? Czas pokaże.
Meteoryty - jak wspomniałam w poprzedniej notce - spadają na naszą planetę nader często. Obiekty wielkości grochu docierają do powierzchni z częstością 10 na godzinę (czyli 240 w ciągu doby!). Kamyczki wielkości orzecha włoskiego zdarzają się raz na godzinę. Raz na miesiąc doświadczamy upadku obiektu o rozmiarach piłki koszykowej. Podobne do meteoroidu tunguskiego, czyli mierzące około 50 m średnicy, zdarzają się raz na 100 lat. Raz na 100 tys. lat docierają do nas asteroidy o średnicy 1 km i takie obiekty byłyby już w stanie zagrozić naszemu dalszemu istnieniu.
Sto lat od katastrofy na Syberii minęło. Heloł! Lunety w dłoń i wypatrujemy na niebie następnego kandydata na spektakularne bum. A okoliczności przyrody nam sprzyjają, bo 2009 rok ogłoszono Międzynarodowym Rokiem Astronomii!

1 komentarze :