Kometki, komety, komeciska

Od zawsze fascynowały i od zawsze robiły za dyżurnego winnego rozmaitych katastrof dotykających ludzkość. Pożar wybuchł i spłonęła osada? Winna kometa. Powódź? Wiadomo, jest kometa na niebie, jej wina, jej wina, jej bardzo wielka wina. Co niektórzy zrzucają na kometę odpowiedzialność za doprowadzenie mędrców ze Wschodu do świeżo narodzonego Chrystusa. Jak naprawdę było, dowiemy się zapewne w momencie, kiedy "przyjdzie wreszcie po nas zegarmistrz światła purpurowy", a tym czasem jesteśmy zdani na snucie hipotez na podstawie zachowanych źródeł historycznych. Zostawmy to, a uwagę skupmy na kometach, które raz po raz lecą do Słońca jak ćmy do płomienia.


kometa Hale'a-Boppa. Zdjęcie stąd.

Jak to raz po raz, ktoś powie. Przecież patrzę w niebo i nie widzę niczego, co miałoby świecącą głowę i warkocz. Ha, bo po pierwsze trzeba wiedzieć, gdzie patrzeć, po drugie trzeba mieć czym. W naszym Układzie Słonecznym zaobserwowano i nazwano około 1500 komet, z czego znakomita większość to komety krótkookresowe, czyli takie, których okres obiegu Słońca wynosi nie więcej niż 200 lat (np. kometa Halleya). Komety te wylatują nie dalej niż za orbitę Neptuna. Im większe jądro komety (zbudowane z lodu, metanu i skał), tym więcej gazów uwalnia się podczas przechodzenia w pobliżu Słońca i tym bardziej okazały warkocz. Nasza gwiazda rozgrzewa powierzchnię komety, lód sublimuje, uwalniają się gazy i pyły i pod wpływem wiatru słonecznego tworzy się świecąca głowa i warkocz. Nie łudźmy się. Komety widoczne gołym okiem należą do rzadkości i są to naprawdę duże obiekty. Większość najczęściej da się obserwować jedynie za pomocą teleskopów.
Komety długookresowe to rzadcy goście i zazwyczaj - ze względu na bardzo wydłużoną orbitę - dają się zaobserwować jedynie raz. Ich okres obiegu wokół Słońca może sięgać setek tysięcy a nawet milionów lat. Pojawiają się, czasem robią spektakularne "wejście smoka" i znikają, pozostawiając swoje walory do podziwiania przyszłym pokoleniom.
Kiedyś sądzono, że komety przybywają do nas z przestrzeni kosmicznej, gdzieś, hen, od innych gwiazd. Dziś wiadomo, że swój "dom" mają w otaczającym Układ Słoneczny Obłoku Oorta, a więc w zbiorowisku obiektów, które podczas wędrówki w pobliże Słońca stają się kometami. Spoza obłoku docierają do nas naprawdę wyjątki.
A kiedy zobaczymy jakieś spektakularne komecisko? No cóż, zainteresowanych muszę rozczarować. Komecisko już było. Jeśli ktoś w 1997 roku był w wieku umożliwiającym świadome patrzenie w niebo (a więc środkowa podstawówka i starsi), mógł podziwiać kometę Hale'a-Boppa, która była wśród obiektów nieplanetarnych najjaśniejszym po Syriuszu obiektem na niebie. Jej okazały warkocz można było obserwować nisko nad horyzontem nawet w rejonie zadymionych dużych miast, w moim przypadku we Wrocławiu. A było na co popatrzeć. Kto nie widział, niech żałuje. Pechowcy muszą poczekać 2537 lat na kolejne pojawienie się komety. Wszystkich, którzy biorą w tym momencie do ręki patelnię, żeby ukarać własną łepetynę na niedostateczne zainteresowanie niebem w owym czasie, pocieszę, że już w roku 2062 będą mogli - hip hip hura! - obserwować kolejną wizytę komety Halleya. Ci, którzy wielkie obserwowanie pragną poprzedzić treningiem, mają do dyspozycji kometę Enckego, pojawiającą się regularnie co 3,3 roku. Ponieważ często pojawia się w pobliżu Słońca, to i "zużywa się" szybciej. Do jej obserwacji potrzebujemy porządnej lornetki lub lunety. Sokoli wzrok w tym przypadku zawiedzie.

0 komentarze :

Prześlij komentarz