Stada gwiazd po prostu...

Mniej więcej wiadomo, jak gwiazda powstaje. Potrzebny jest jeden obłok pyłowo-gazowy odpowiednio gęsty i o odpowiedniej temperaturze, jakieś małe coś tam, coś tam, żeby nastąpił kolaps grawitacyjny i wio. Mamy protogwiazdę promieniującą głównie w podczerwieni, potem pierwsza dziewicza reakcja termojądrowa i protogwiazda staje się gwiazdą z prawdziwego zdarzenia, a potem wszystko toczy się szybciej lub wolniej w zależności od masy nowego ciała niebieskiego.
Zdarza się jednak, że gwiazdy zamiast pojedynczo powstają stadnie i tworzą coś w rodzaju kosmicznej rodziny wielodzietnej. Skupiają się w grawitacyjnie powiązane gromady. Otwarte lub kuliste.


Gromada otwarta NGC 346 w Małym Obłoku Magellana, czyli w naszej karłowatej galaktycznej sąsiadce. Źródło

Gwiazdy z gromadach otwartych powstają w tym samym czasie z tego samego obłoku materii molekularnej. Mają bardzo podobne parametry fizyczne, skład chemiczny i wykazują ten sam ruch w przestrzeni. Całe "stado" jest związane nawzajem na dobre i na złe. Zazwyczaj tylko 10% materii  obłoku zostaje wykorzystane jako gwiezdny budulec. Co dzieje się z resztą? Rozprasza ją promieniowanie nowopowstałych gwiazd.


Plejady w gwiazdozbiorze Byka. Najbardziej znana i, moim zdaniem, najpiękniejsza gromada otwarta. Źródło

Przeciętna gromaga otwarta ma nieco więcej niż 20 lat świetlnych średnicy. W centrum (o rozmiarach 3-4 lat świetlnych) skupionych jest większa część gwiazd, a reszta zajmuje obrzeża. Zagęszczenie w centrum to średnio 1,5 gwiazdy na rok świetlny sześcienny, czyli dość gęsto.
Gromady otwarte to twory bardzo młode w skali Wszechświata. Ich wiek osiąga najczęściej kilka-kilkadziesiąt milionów lat. Skoro są tak młode, to mogą powstawać tylko tam, gdzie istnieją aktywne procesy gwiazdotwórcze, czyli w galaktykach spiralnych i nieregularnych. Galaktyki eliptyczne nie posiadają otwartych gromad gwiazd.
Gromady otwarte wspólnie przemierzają przestrzeń kosmiczną, ale cały układ jest mało stabilny. Wystarczy odpowiednio silny czynnik zewnętrzny, by jej członkowie zaczęli się wykruszać.

Gromady kuliste w pełni zasługują na swoją nazwę.  Przez teleskop lub lunetę (a nawet lornetkę - wszystko zależy od tego, jaka to gromada) widoczne są jako wyraźna, biała kulka. Wydaje się, jakby gwiazdy były upakowane jedne na drugich i stykały się ze sobą.


Gromada kulista M13 w gwiazdozbiorze Herkulesa, którą można obserwować gołym okiem. Źródło

To oczywiście złudzenie. Nawet w najgęstszej i najbardziej licznej gromadzie kulistej gwiazdy w samym jej centrum oddalone są od siebie o kilka miesięcy świetlnych. Jest ich jednak bez porównania więcej niż w gromadach otwartych, stąd wrażenie, jakby właziły jedne na drugie. Jeśli gromady otwarte mają zazwyczaj kilkuset gwiezdnych członków, to w gromadach kulistych jest ich średnio tysiąc razy więcej. Zajmują również znacznie większy obszar - nawet do 70 parseków.
Największą, najjaśniejszą i najbardziej znaną (choć niestety niewidoczną w naszych szerokościach geograficznych, grrrr...) jest gromada kulista w Centaurze. Zawiera - uwaga - 10 milionów gwiazd upakowanych na przestrzeni 100 lat świetlnych.


Omega Centauri, czyli NGC 5139. Źródło

Obserwacje zaskakująco szybkiego ruchu gwiazd w środku gromady dowodzą, że w samym jej centrum znajduje się gigantyczna czarna dziura o masie 40 tys. mas Słońca. Z tego też powodu niektórzy naukowcy są zdania, że gromada jest tak naprawdę  małą galaktyką przechwyconą przez naszą Drogę Mleczną, której zdarzało się już wcześniej pożerać mniejszych towarzyszy. Obecnie nasza Galaktyka pochłania galaktyki karłowate w Strzelcu.
Gromady kuliste w przeciwieństwie do otwartych to, brzydko mówiąc, stare ramole. Ich wiek sięga kilku lub kilkunastu miliardów lat. Niektóre pamiętają zatem początki Wszechświata, a w naszej Galaktyce należą do najstarszych jej elementów.


Gromada kulista (niezbyt upakowana jak widać) NGC 1818 w Wielkim Obłoku Magellana. Źródło

Gromady kuliste zawsze mnie fascynowały i niezwykle żałuję, że ta największa w gwiazdozbiorze Centaura nie jest u nas widoczna (razem z prawie całym gwiazdozbiorem zresztą). Moja stara luneta produkcji radzieckiej, pamiętająca jeszcze czasy Breżniewa, wystarczyłaby, żeby dostrzec jej piękno. Nie dlatego, że luneta taka wspaniała, ale po prostu gromada wielgachna. Lista rzeczy, na które powinnam się zrujnować, rośnie w tempie zastraszającym. Do biletu do Australii (żeby zobaczyć Obłoki Magellana) doliczam jakiś mały teleskop, żeby dostrzec to, co jest widoczne z terenu Polski. Uratuje mnie chyba tylko szóstka w totolotka.

0 komentarze :

Prześlij komentarz