Matka-Polka, decybele i nadobna Wenus

Czwarta nad ranem. Może sen przyjdzie?

Bez szans. Nie nadejdzie nawet, gdybym wzięła tonę prozacu i popiła hektolitrem mojej ukochanej nalewki z pigwy produkcji mojego teścia (teść też fajowy). Nie nadejdzie, bo moja potomkini włączyła ni z tego ni z owego syrenę i zapodaje decybele, aż ściany się trzęsą. Powód wzmożonej wyjności absolutnie nieznany. Ratunek numer jeden - butelka mleka. Podziałało, ale nie do końca. Wprowadzamy więc w życie plan B (zawsze trzeba mieć w zanadrzu plan B, a bywa, że i C, i D, i dalsze literki alfabetu) i lulamy na rękach. Lulanie wpływa na młodzież wybitnie uspokajająco i mała wędruje z powrotem w objęcia Morfeusza.
Co jednak z matką? Co ukoi jej skołatane nerwy i bębenki w uszach jeszcze drgające od niedawnych bodźców głosowych? Matka na całe szczęście ma okna od wschodu i o tej nieszczęsnej czwartej nad ranem jak sroka w gnat wlepiła wzrok w przecudną Wenus za oknem. Jeden jedyny świecący punkt nad wschodnim horyzontem. Chmur szczęśliwie nie było. Czarny zarys dachów kamienic na tle ciemnogranatowego nieba i ona. Piękna, cudna, majestatyczna planeta druga od Słońca, na której  wiecznie panują niemiłosiernie niesprzyjające okoliczności przyrody. O niebiosa, jak dobrze, że istnieje Wenus i żadna planetoida wielkości połowy Marsa nie raczyła w nią przywalić w odległej przeszłości, kiedy jeszcze w naszym Układzie Słonecznym latało, co chciało i jak chciało.
Matka-Polka ukojona widokiem Wenus puszczającej do niej oko (widać to było nawet przez firanki), zasypia, by obudzić się trzy godziny później. Wróć. By zostać wyrwaną ze snu trzy godziny później (i tak dobrze, już dawno nie wstawała tak późno, czyli o 7 rano) i automatycznym ruchem pójść do łazienki po nocnik. Nocnik obowiązkowo z pozytywką.

1 komentarze :

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń