Czekając na apokalipsę, pijemy zimne piwo

Czyż nie jest piękna? No, co "kto"? Nasza Ziemia oczywiście!


21 lipca 2003 roku. Zachód Słońca nad Oceanem Spokojnym widziany z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Źródło: NASA

Autor zdjęcia spogląda sobie z orbity na zachód Słońca nad Pacyfikiem. Może sączy sobie to i owo (może być, że i sączy pącze - do Baranowskiego piję, rzecz jasna) przez rurkę z pojemniczka. Dlaczego przez rurkę? Piwa nie można marnować w żadnych okolicznościach przyrody, nawet w stanie nieważkości. Tak się nie godzi. Nie można pozwolić, by złoty napój w postaci doskonałych w kształcie kulek rozlazł się nam po całym promie kosmicznym. Kto to potem będzie spijał po kątach?
Wisi sobie zatem taki kosmonauta na orbicie, popija ambrozję i cieszy się tym, że w ogóle krąży i w ogóle popija. Jego prapraprapraprapraprawnuk za 4,5 miliarda lat nie będzie miał takiego szczęścia.
Mniej więcej w tym czasie, a może trochę wcześniej, na Ziemi zacznie się robić gorąco. Nie za sprawą kolejnych konfliktów zbrojnych z udziałem Korei Północnej, ale w wyniku promieniowania naszej Gwiazdy. Słońce wejdzie zacznie wchodzić w stadium czerwonego olbrzyma, ponieważ spali cały dostępny mu zapas wodoru, a spalanie helu zaskutkuje powiększeniem rozmiarów.
Zacznie się od bardzo gorących lat i wzrostu temperatury na całej planecie. Pożegnamy na zawsze polarne niedźwiedzie. Na Copa Cabana kapeluszom wzrosną ronda, a drinki będą jeszcze chłodniejsze. Na próżno wszystko. Temperatura stanie się nie do zniesienia. Stopi wszystkie lody, poczynając od tych biegunowych. Poziom wód w oceanach podniesie się, a potem... zacznie opadać, ponieważ oceany będą parować. Oczywiście o żadnym plażowaniu nie będzie wtedy mowy. Temperatury rzędu +80ºC w cieniu są, by tak powiedzieć, niezbyt komfortowe. Jeśli do tego czasu nie opuścimy naszej rodzinnej planety, usmażymy się jak skwarki albo jak karczek na grillu.
Ziemia stanie się jedną wielką pustynią. W sensie absolutnym, bo przecież wiemy, że dzisiejsza Sahara tętni życiem. Wtedy nie będzie tętniła.
Słońce cały czas będzie powiększać swoje rozmiary. Z nieba nocnego zniknie Merkury. Zostanie wchłonięty przez rosnącą gwiazdę. Potem przyjdzie kolej na naszą siostrę Wenus. Pozostanie po niej smętny obłoczek pyłu, który i tak szlag trafi w gigantycznym morzu plazmy. Jeśli praprapra-i tak dalej-wnuk dzisiejszego lokatora stacji kosmicznej nie odleci w siną dal z resztą ludzkości, będzie mógł podziwiać nad nieistniejącym Pacyfikiem zachód gigantycznej czerwonej kuli.
Popodziwia sobie jeszcze chwileczkę i jeszcze momencik, a potem... przestanie istnieć razem z całą planetą, która podzieli smutny los Wenus.
Tak, tak, drodzy państwo, zagłada to tylko kwestia czasu. Od nas zależy, czy odsuniemy ją w czasie o te 4,5 miliarda lat czy też przestaniemy istnieć znacznie wcześniej, ponieważ, delikatnie mówiąc, nie będziemy się umieli ze sobą dogadać. Nie ma o czym mówić. Marny koniec mamy pewny jak podatki i oprocentowanie kredytów.
Tymczasem jednak carpe diem! Sączmy pącze i delektujmy się przepięknymi zachodami, gdy nasza Gwiazda zanurza się powoli w morskiej toni. Przytulajmy siedzącą obok piękną dziewczynę. Póki co Słońce jest jeszcze cholernie daleko.

0 komentarze :

Prześlij komentarz