Niech Star Trek będzie z Wami!

Jak dzisiaj popatrzę na tego faceta, to nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Co ja, u licha, widziałam w tych szpiczastych uszach i fryzurce na pazia? Fakt jest jednak faktem i właśnie odsłaniam podbrzusze: komandor Spock ze Star Treka był moją pierwszą kosmiczną miłością.



Straszne, prawda? No, ale to były początki. Star Trek (zabijcie, nie mam pojęcia, czy The Original Series, czy jakieś późniejsze "dokrętki") zobaczyłam pierwszy raz w połowie lat 80-tych poza granicami naszego kraju. Aktorzy gadali po włosku. Bo to dubbing był, a ja w Italii przebywałam. Dubbingu włoskiego słucha się mniej więcej tak samo jak niemieckiego przy westernach lub czeskiego przy Gwiezdnych Wojnach, ale i tak mnie to nie zraziło.
Dziś oczywiście, myśląc o tamtym kosmicznym mężczyźnie moich marzeń powtarzam za Gombrowiczem "jak zachwyca, skoro nie zachwyca", ale te dwadzieścia pięć lat temu pragnęłam włożyć na siebie takie samo wdzianko, jakie nosił mój wybranek serca, i zostać pasażerem statku USS Enterprise NCC-1701. Chociażby na gapę. Codziennie zasiadałam przed telewizornią i o godzinie ósmej rano (bo o takiej porze emitowano serial) świat zamieniał się w jeden wielki kosmos.
Niedługo potem bezlitośnie zdradziłam Spocka z Supermanem. Co mnie uwiodło? Jak to co? Ten niebiesko-czerwony gajerek!



I te niewinne niebieskie oczęta też. Superman istnieje dla mnie jedynie w wersji z Christopherem Reevem. Reszta to marne podróbki. Reeve jest ponadczasowy i nie do pobicia. Film filmem, ale oprócz tego pożerałam wszystkie supermanowe komiksy. Wpadłam jak śliwka w kompot i ubolewałam nad faktem, że moja miłość do przybysza z innej planety może być tylko i wyłącznie platoniczna, bo przecież tak naprawdę on nie istnieje.
Jeszcze Superman nie zdążył sobie zawłaszczyć całego mojego serca, a już musiał się posunąć, robiąc miejsce Hanowi Solo z Gwiezdnych Wojen.


Han to oczywiście ten z prawej...

Jak widać moja koncepcja mężczyzny idealnego ewoluowała i to raczej w dobrym kierunku, bo Harrisonowi Fordowi niewiele można zarzucić. Ale i ta miłość skazana była na klęskę, bo oprócz dzielącej nas czasoprzestrzeni, dzieliło nas... właściwie wszystko, z wybranką serca na czele.
Dziś jestem mężata i dzieciata, ale gdy oglądam Gwiezdne Wojny (te stare, kultowe oczywiście), to westchnę sobie czasem nostalgicznie. I o dziwo nie jakoś szczególnie do Hana Solo (nie mam pojęcia, dlaczego nie pociągał mnie Luke Skywalker). Bardziej do jego pojazdu i ogólnie do innych gwiezdnych środków lokomocji. Och, przelecieć się czymś takim, nawet bez osiągania nadświetlnej! Zobaczyć te planety jednocześnie z bliska i z daleka!
Dziś więc wzdycham do kosmosu jako takiego i marzę o się tam znalezieniu. Kiedy już będę obrzydliwie bogata, zafunduję sobie wczasy na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. A co. Jak szaleć, to szaleć.

1 komentarze :