Apophis czyli niszczyciel

Jeśli ktoś utrzymuje się z drukowania kalendarzy, to po 13 kwietnia 2036 roku może spokojnie zawiesić biznes. W ogóle biznes jakikolwiek można będzie wtedy posłać w - pardon le mot - pizdu, ponieważ nie będzie komu sprzedawać tego, co się wyprodukowało ulewając pot, krew i łzy (Palikot by powiedział, że ulewając krew i spermę, niech mu tam będzie). Tego dnia bowiem, jak donoszą media, pieprznie w nas planetoida. I niech mi nikt nie mówi, że trzynastka nie jest pechowa! Planetoida imponujących rozmiarów może nie posiada (cóż to jest ~300 m średnicy w skali kosmosu? Śmiech na sali), ale jak się postara, to może nam tak dołożyć, że będziemy długo lizać rany. Wszystko zależy od tego, w co trafi. Na wszelki wypadek zatem nadano jej imię Apophis, czyli Niszczyciel.
To oczywiście wersja mocno pesymistyczna. Optymiści - widzę las rąk - zwrócą mi uwagę, że prawdopodobieństwo bliskiego spotkania trzeciego stopnia planetoidy z Ziemią jest bardzo małe. I będą mieli rację. Znacznie bliższe prawdy wydaje się stwierdzenie, ze Apophis po prostu nas minie i to nie w 2036 roku, a siedem lat wcześniej. I to co do dnia, bo również 13 kwietnia. Ot, chichot przeznaczenia. Fakt, przeleci wtedy bardzo blisko, bo w odległości zaledwie 35 tys km (dziesięciokrotnie bliżej niż odległość Księżyca od naszej planety), ale wcale nie jest powiedziane, że raczy w nas potem przywalić. Będzie ją można podziwiać gołym okiem, bo osiągnie jasność 3,3 m. To będzie widok! Czas zacząć zbierać na porządny teleskop.
Może się jednak zdarzyć i tak, że kiedy Apophis majestatycznie przemierzać będzie nieboskłon, obecność Ziemi i Księżyca (zwłaszcza Księżyca) zakłóci jej orbitę, co spowoduje, że w 2036 roku, po siedmiu latach zastanawiania się, skieruje swe trzystumetrowe ciałko prosto w kierunku powierzchni naszej planety. I bum.
No, z tym kończeniem biznesu to trochę przesadziłam. Nie będzie - jak to wieszczył swego czasu podlaski wieszcz, czyli Kononowicz - "nie będzie niczego". Ocalejemy, przynajmniej wiele na to wskazuje. Jednak nie spłynie to po nas jak po gęsi woda. Uderzenie w jakiś ocean zaowocuje falą tsunami. Co to jest tsunami, już przerabialiśmy. Uderzenie w większe miasto sprawi, że w mgnieniu oka odmelduje się z tego świata jakiś milion ludzi. Ból.
Co możemy zrobić? Ha! Będziemy ubożsi o Bruce'a Willisa, który 2036 roku raczej nie dożyje, a szkoda, bo  mając za sobą doświadczenie Armageddonu, pewnie by coś wymyślił. Musimy więc sobie radzić sami. Naukowcy rozważają skierowanie na kolizyjny względem asteroidy kurs jakiegoś sztucznego satelity. Zderzenie zmieniłoby trajektorię lotu kosmicznej persona non grata i Apophis poszłaby sobie w cholerę. Przeciwnicy tego rozwiązania zwracają uwagę, że byłoby to coś w rodzaju zderzenia komara z szybą samochodu. Przy czym komarem nie jest akurat asteroida.
Najpierw więc, pedają, warto na jej powierzchni umieścić nadajnik, żeby się przekonać, jak bardzo trzeba intruza przesunąć, żeby nam nie powiedział zza węgła "a kuku". Teraz, przy danych, jakimi obecnie dysponujemy, musielibyśmy odepchnąć Apophis o skromne 9 tys. km, żeby mieć pewność, że w nas nie uderzy. Przy dzisiejszych możliwościach technicznych jest to niewykonalne. Nadajnik dostarczyłby nam ściślejszych informacji na temat trajektorii lotu asteroidy i wówczas wystarczy pchnąć ją o 100 km, żeby cel uzyskać. Jest różnica. A i to skromne, ekhm, posuwanie planetoidy zajęłoby nam jakieś 6 do 12 lat.
A wiela nas to będzie kosztować, panie? A wiela. Koszt wysłania nadajnika to jakieś 400 mln USD, koszt zmiany trajektorii lotu to co najmniej drugie tyle. Gdyby jednak miała w nas przywalić, to straty na Ziemi byłyby tysiąckrotnie wyższe. Rachunek jest prosty.
Nadajnik należałoby wysłać gdzieś około 2013 roku. Mało czasu zostało, mało.
Tymczasem jednak, w oczekiwaniu na katastrofę, zapuściłam żurawia w sieć i co znalazłam? Horoskop na 2036 rok, proszę państwa! Konkretnie na tydzień między 6 a 13 kwietnia. Bingo! Cóż tam piszą? Ja jestem spod znaku Raka, a Rakom radzą:
Uważaj na to co jesz, posiłki potrafią działać na nasze zdrowie, toteż zwróć przez najbliższe dni uwagę na grejpfruty, te owoce mogą dostarczyć ci dużo sił witalnych.
No tak, sił witalnych to mi akurat sporo wtedy będzie trzeba. Zważywszy też na zaawansowany wiek pomenopauzalny. Sięgam jeszcze do Strzelca, bo małżon strzelcowy.
Ten termin będzie przychylny wszystkim pesymistom.
Tak jakby się zgadzało...
Mimo kłopotów budżetowych nie opłaci się tracić wiary w siebie, to zdecydowanie stan chwilowy.
No, chwilowy, chwilowy. Taki carpe diem, bo potem nic nie będzie.
Uważaj by pić mniej soków, pamiętaj że, napoje od czasu do czasu działają efektywnie na Twoje ciało.
O, i to trzeba zapamiętać. Efektywnego działania napojów na nasze ciała doświadczamy od czasu do czasu z okazji rozmaitych imprez sylwestrowo-urodzinowych. W okresie okołokatastrofalnym nie ma więc co tracić czasu na soczki, tylko od razu trzeba skupić się na konkretach. Żeby jednak ostatnich godzin życia nie spędzić na kacu, należy się zahartować. Najlepiej zacząć już dziś.
To napisawszy, wznoszę toast półwytrawnym białym mołdawskim winem. Wasze zdrowie!

Horoskop cytowałam stąd.

3 komentarze :

  1. znajac zycie to po oslawionym Euro2012 rok pozniej nie bedzie niz nic, co mozna by wykorzystac na dzialania antyApophis'owe:/ zywie szczera nadzieje, ze jednak to cudo pierd..... w cos konkretnego, moze ludzkosc sie wreszcie obudzi;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale czy nie jest tak, że już sam fakt, że przeleci tak blisko ziemi spowoduje duże problemy? Przecież nie musi w nas od razu walnąć, jej siła grawitacyjna też może spowodować wielkie tsunami itp...
    A tak w ogóle bardzo lubię tego bloga, życzę więc powodzenia we wszelkich konkursach i przyczynię się na tyle na ile mogę do wygranej - głosując gdzie się da;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaje mi się, że ta asteroida będzie za mała, żeby samym przelotem miała spowodować kataklizm. W końcu w najlepszym wypadku ma tylko 300 m (a bardziej prawdopodobne, że coś około 200 m). To taki większy kamyk. Jakby walnęła, to co innego.
    I dziękuję za poparcie :)

    OdpowiedzUsuń