Przypadek zwany człowiekiem

Zadziwiające, jak popkultura i głos autorytetu naukowego mogą się uzupełniać. Mówią nawet o tym samym, choć nieco innym językiem. Dwie rzeczy ostatnio mi się trafiły. Wpadł mi w ręce (tam zaraz wpadł! kupiłam, ot co!) sylwestrowy numer tygodnika Wprost i oglądnęłam w telewizorni film z Jodie Foster pt. Kontakt. Żeby nie było wątpliwości - głosem popkultury jest właśnie ten film. We Wprost natomiast mamy wywiad z ks. prof. Michałem Hellerem, kosmologiem, filozofem, fizykiem i teologiem. Niezły facet, mieszanka wybuchowa w wykształceniu, czyż nie?
No dobra, o czym więc jedno i drugie źródło traktuje? O człowieku. Konkretnie o jego miejscu i roli we Wszechświecie. Na pierwszy ogień niech pójdzie ksiądz.
- Zostaliśmy przez wszechświat stworzeni niejako mimochodem?
- Nie wiem, czy wyrażenie "mimochodem" jest dobre w odniesieniu do wszechświata. Na pewno nasze istnienie jest subtelnie wkomponowane w strukturę całości. W literaturze kosmologicznej na oznaczenie subtelnego rezonansu między nami a wszechświatem używa się fine tuning - delikatne zestrojenie. Jest ono naprawdę delikatne. Niewielka zmiana pewnych własności wszechświata uniemożliwiłaby nasze istnienie. Na przykład gdyby prędkość eksplozji Wielkiego Wybuchu była odrobinę inna, niż była, życie nie mogłoby powstać. [...]
- Czyli jesteśmy dziećmi wszechświata, jak w swojej książce pisał Hoimar von Ditfurth?
- Wystarczyłaby jakaś niepomyślna fluktuacja, by zablokować drogę do naszego zaistnienia.
Właśnie ta przypadkowość istnienia człowieka fascynuje mnie w kosmosie najbardziej. Jestem głęboko wdzięczna całemu zastępowi astronomów od Kopernika poczynając, że - jak w przypowieści biblijnej - kazali człowiekowi ustąpić miejsca przy stole osobom godniejszym i przejść na koniec kolejki. Żeby się przestał panoszyć i myśleć, że jest pępkiem całości. Celem i praprzyczyną wszystkiego. Be-zdu-ra, jakby powiedział kabaret Ani Mru Mru. Wystarczyłaby taka pierdoła jak ciut inna prędkość rozszerzania się wszechświata i byłoby po zawodach. Wystarczyłby ciut inny sposób wyłaniania się Ziemi z protoplanetarnego dysku wokół młodego Słońca i nie byłoby komu pisać tych słów. Wystarczyłby wybuch jakiejś bliskiej supernowej, uderzenie odpowiednio wielkiego ciała niebieskiego, nieco inna masa Słońca, nieco inna odległość od niego i klops. Nasze istnienie jest cudem, cudownym przypadkiem i kosmos sobie spokojnie bez nas poradzi.

Przyszedł czas na Jodie Foster. W filmie gra ona naukowca zajmującego się programem SETI. Program ma na celu nasłuchiwanie przestrzeni kosmicznej w celu odnalezienia sygnałów wysyłanych przez obce cywilizacje. Jodie nawiązuje kontakt. Na Ziemię wraca pierwsza transmisja telewizyjna przeprowadzona w 1936 roku. Tak, tak, wszystko, co pokazuje telewizornia, ucieka w przestrzeń w postaci sygnałów elektromagnetycznych, dlatego pozostali mieszkańcy kosmosu mogą się zapoznać między innymi z biustem i gustem Dody Elektrody. Pierwsza transmisja telewizyjna dotyczyła igrzysk olimpijskich w Berlinie, a zatem, o ironio, ambasadorem naszego istnienia we wszechświecie stał się... Hitler. Przedstawiciele obcej nacji razem z transmisją przekazują projekt budowy pojazdu, który umożliwi jednej osobie podróż w tunelu czasoprzestrzennym.



Leci oczywiście Jodie. Dochodzi do spotkania z pomysłodawcami tej szczególnej maszynerii, od których przedstawicielka ludzkości słyszy mniej więcej to samo, co powiedział ksiądz Heller. A skoro nasze miejsce we wszechświecie jest takie, a nie inne, powinniśmy się szanować. Dbać o siebie jako ludzkość. Po co? No właśnie po to, by doszło kiedyś do ponownego spotkania już nie z wybranym przedstawicielem naszego gatunku, ale z szerszą masą.
Pal licho bliskie spotkania trzeciego stopnia. Ja uważam, że powinniśmy się szanować właśnie ze względu na tę kruchość naszego istnienia. Bardzo łatwo: pstryk! i światło - mówi wierszyk Juliana Tuwima o pstryczku-elektryczku. Bardzo łatwo, pstryk! i nie ma nas, a byliśmy. Szanujmy się, byśmy naszego końca głupio nie przyspieszyli.
Skoro tak ulotne jest nasze życie i tak krucha nasza pozycja we wszechświecie, to po co w ogóle istniejemy? Dobre pytanie. Jeszcze tego nie rozgryzłam :-)

5 komentarze :

  1. Dzięki ci wielkie, za pisanie tego bloga! Styl pisania świetny, informacje jeszcze lepsze. Co prawda niedawno go odkryłem, więc jeszcze mam kupę czytania, ale to tylko lepiej. Wspaniała robota.

    Pozdrawiam,
    Arnubis

    OdpowiedzUsuń
  2. Niech pomyślę... "(...) to po co w ogóle istniejemy?"
    Chyba "po nic";-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nomilk
    W przyrodzie nie ma opcji "po nic". Wszystko jest po coś :) Nawet komary mają sens, choć wydaje się to dziwne. Myślę, że z powodzeniem to "po coś" można rozszerzyć na kosmos :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety takie pytanie nie ma (chyba) sensu. Zadając pytanie "po co istniejemy?" automatycznie uznajemy Życie za "pępek całości" jak to ślicznie nazwałaś;).Pięknie odpowiedziałby Forrest Gump - shit happens!-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Właściwie dlaczego by nei uznać życia za kropkę nad i w istnieniu całości? :)
    A mówiąc "po co" miałam na myśli to, że każda istota żywa na naszej planecie odgrywa jakąś rolę w ekosystemie. Nie ma organizmów zbędnych. Nawet wirusy i bakterie spełniają pożyteczną rolę, bo eliminują osobniki słabe, dzięki czemu dziedziczą się geny tych silniejszych. Komary (he he) też mają sens, ponieważ służą za pokarm ptakom. Każda istota żywa to cegiełka w murze. Bez tej cegiełki mur się być może nie zawali, ale będzie miał dziurę, a co za tym idzie nieco straci na sile.
    Nie przypuszczam, żeby w przypadku człowieka miały obowiązywać jakieś inne prawa. Dlatego jestem przekonana, że nasze istnienie w naszym systemie biologicznym ma sens, mimo że zdominowaliśmy całą planetę. Dlaczego by nie miało mieć sensu w odniesieniu do wszechświata?

    OdpowiedzUsuń