Małe jest piękne, czyli rzecz o planetach karłowatych

Mówcie, co chcecie, rozmiar ma znaczenie! Będę się przy tym upierać zarówno, jeśli chodzi o staniki, jak i o planety. Jako osoba skromnie wyposażona przez naturę, będę optować za tym, że małe jest piękne. Duże też, ale inaczej. Duży zresztą może więcej i to dotyczy różnych dziedzin. Tak na wszelki wypadek zauważam, jakby komuś uparcie nasuwała się tylko jedna.
No dobrze, czas skupić się na planetach. Był czas, kiedy sądziliśmy, że Układ Słoneczny bogaty jest w dziewięć planet. Od Merkurego do Plutona włącznie. Nieregularności w ruchu Plutona kazały domniemywać, że prawdopodobnie to nie wszystko i coś tam jeszcze poza jego orbitą się majta. Podobne niezgodności w ruchu Urana doprowadziły do odkrycia Neptuna, a zaburzenia w ruchu Neptuna sprawiły, że objawił się Pluton, logiczne jest więc, że za Plutonem spodziewano się hipotetycznej dziesiątej planety. Nazwaną ją planetą X. Mogła być partia X, może być planeta X, prawda?
I oto pewnego dnia jak kula ziemska długa i szeroka gruchnęła wieść, że jest, JEST!!! Jest dziesiąta planeta! Trochę maława, spodziewano się czegoś o masie co najmniej Ziemi, ale zawsze to coś. Nie wyjaśniała ona wszystkich wątpliwości, co nie pozwalało spokojnie zasnąć astronomom, ale świat oszalał i póki co zajął się znaleziskiem. Niedługo potem poinformowano, że natrafiono na kolejną planetę poza orbitą Plutona. Wymiary plutonopodobne. Świat i tym razem ucieszył się szczerze. Kiedy jednak oznajmiono, że jest jeszcze jedna i jeszcze, i kiedy te planety zaczęły się nagle mnożyć jak króliki i na dodatek były wyposażone w swoje własne księżyce, zaczęto podejrzewać, że coś tutaj jest nie halo.
Zgodnie z przysłowiem, że chłop zawinił, a Cygana powiesili, wszystko skrupiło się na biednym Plutonie, który w 2006 roku utracił status planety. Albo rybki, albo akwarium. Mamy albo osiem planet, albo szesnaście lub więcej! Przyjęto, że Pluton jest reprezentantem obiektów transneptunowych, czyli tych, co skaczą i fruwają poza orbitą ostatniego gazowego olbrzyma.

 Gabaryty planet karłowatych w porównaniu do rozmiarów Ziemi.

Planety karłowate z "właściwymi" planetami wspólną mają tylko nazwę i kształt mniej więcej kulisty. I obecność satelitów. Czyli w sumie sporo wspólnego mają, jednak nie są uważane za planety sensu stricto, tylko za obiekty plasujące się pomiędzy planetami a planetoidami.

Jeszcze jedno ujęcie planet karłowatych.

Daleko są te obiekty transneptunowe? Jak sama nazwa wskazuje - za Neptunem. Ale tak naprawdę są znacznie dalej. Za wyjątkiem Ceres, której okres obiegu wokół Słońca wynosi trochę ponad 4 lata (czyli jest między orbitami Marsa i Jowisza), właściwie wszystkie znajdują się dalej niż Pluton. Dla przykładu taka Eris - większa niż nasza zdegradowana dziewiąta planeta - na obiegnięcie Słońca dookoła potrzebuje 561 lat, czyli prawie dwukrotnie więcej niż Pluton! Planety karłowate są obiektami z Pasa Kuipera, część pochodzi z dysku rozproszonego (zewnętrzna granica Pasa Kuipera), a aphelium (czyli najdalszy punkt) orbit niektórych z nich sięga nawet Obłoku Oorta! To już są rubieże całą gębą, granica grawitacyjna Układu Słonecznego.
Skąd się tam wzięły? Cóż, część widocznie w takich odległych rejonach się ukształtowała, ale część w przeszłości obiegała Słońce znacznie bliżej. Ze swoich orbit zostały wygonione przez wielkie gazowe olbrzymy, wskutek ich oddziaływania grawitacyjnego. No i teraz egzystują sobie gdzieś na marginesie. Tak w kupie. Bo w kupie raźniej. Kupy nikt nie ruszy :)

1 komentarze :

  1. Na drugiej od lewej widzę Małego Księcia i jego różę :)

    Kolejny ciekawy artykuł, Kruszyno. Małe jest piękne, zwłaszcza jeśli rok trwa pół tysiąca lat.

    Dziękuję i czekam na kolejne doniesienia zza chmur.

    OdpowiedzUsuń