Pierwsza gwiazdka na innych planetach

Ach, jakże się przyzwyczailiśmy do corocznego, dobrze nam znanego obrazka. Narobiliśmy pierogów i uszek tyle, ile gwiazd w Drodze Mlecznej, gości przy stole tyle, ile księżyców Jowisza, atmosfera gorąca jak na Merkurym, ciśnienie emocji w oczekiwaniu na prezenty - jak na Wenus. A one zmierzają do nas powoli i powoli - prezenty zazwyczaj rozdajemy po kolacji - jak kometa długookresowa, która zawieruszyła się gdzieś w obłoku Oorta. Przyklejamy nosy do okna zupełnie tak, jakby to były okienka stacji kosmicznej i wypatrujemy pierwszej gwiazdki, która co roku z uporem maniaka okazuje się planetą. I to największą z naszego stada.
Wyobraźmy sobie jednak, że świętujemy gdzieś poza starą, dobrą Ziemią i właśnie pierwszą gwiazdkę usiłujemy wypatrzeć.
Na Wenus w ogóle nie ma to najmniejszego sensu. 


Kożuch chmur gruby i ciężki jak żart Strasburgera w Familiadzie na stałe spowija niebo. Nic nie zobaczymy. Gdyby nawet jakimś cudem w kożuchu zrobiła się dziurka i widać by było rąbek przestrzeni kosmicznej, to na noc czekalibyśmy i czekali. Doba na Wenus trwa bez porównania dłużej niż na Ziemi, bo prawie 9 miesięcy. Można powiedzieć, że jeśli któraś babka zaszłaby w ciążę o poranku, to na wieczór urodzi.
A jak tam z Merkurym? 


Doba już krótsza, 58 dni z kawałkiem, z palcem w nosie można przygotować nawet najbardziej wystawną wigilię i zdążyć przed wieczorem. Cóż z tego, skoro z racji braku atmosfery zaraz po zachodzie Słońca zwali się nam na głowy cały firnament! I to z jakim blaskiem! Nie ma mowy o pierwszej gwiazdce, wszystkie są pierwsze. Choć nie ma tego złego - na Ziemi nigdy nie uświadczymy tak pięknego nieba.
Najciekawiej świętowanie może wyglądać na Marsie. Zupełnie prawdopodobne, że w roli pierwszej gwiazdki wystąpimy... my sami razem z dobrą staruszką Ziemią.


Świętowanie na Jowiszu ma mniej więcej taki sam sens jak na Wenus. To samo z Saturnem, Uranem i Neptunem. Chmur, za przeproszeniem, w pizdu, do tego wiatry takie, że łeb urywa w trymiga, no i ta powierzchnia... Mokro, mokro, nie ma gdzie stopy postawić, nie mówiąc już o ustawieniu stołu. Musielibyśmy dysponować porządnym batyskafem, a wiadomo, jaka jest wygoda świętowania na łodziach podwodnych. Tfu, podmetanowych czy podwodorowych.

Jowisz w pełnej krasie
Dalej są już tylko planety karłowate. Zimno, ciemno, do domu daleko i na dodatek łatwo można czymś oberwać, ponieważ z racji braku atmosfery oraz sporej odległości od gazowych olbrzymów są bombardowane meteorytami.
Ech, wychodzi na to, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Pierogów więc w bród, Jowisz nam błyśnie, pośpiewamy, posiedzimy i rozejdziemy się do naszych małych wszechświatów.

Czego mogę życzyć wszystkim czytelnikom tego bloga? Chyba tylko jednego - szerokich i bezchmurnych horyzontów! :)

5 komentarze :

  1. Świętowanie na Ziemi wreszcie staję się nudne, ja wybieram się zatem na Merkury! Dzięki za opis gdzie mogę spędzić te święta dodatkowo :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Uchachałem się jak zawsze! :)
    Może to kwestia niewyspania, ale coś mi nie gra w tym zdaniu: "Doba na Wenus trwa dziesięć razy dłużej niż na Ziemi, czyli prawie 9 miesięcy."

    OdpowiedzUsuń
  3. No i słusznie, że Ci nie gra, bo doba na Ziemi też jest krótsza niż miesiąc :) Poprawione.

    OdpowiedzUsuń
  4. 04:09, chapeau bas! Widzę, że gwiazdy lśnią na nieboskłonie :D

    OdpowiedzUsuń
  5. biste ;D to ja lecę na Marsa ;D

    OdpowiedzUsuń