Czerwony jak księżyc

Czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec, muszę ją mieć - śpiewał Dżem. Gdyby wyciąć kontekst, piosenka znakomicie mogłaby posłużyć jako hymn grillujących, przy czym "muszę ją mieć" odnosiłoby się do  na przykład woodki Bols. Konsekwencją wypłynięcia taką "łódką" bywa - jak śpiewa z kolei Krzysztof Daukszewicz - zamknięcie w suchym doku. Tak jakoś morsko się nagle zrobiło, ale któż zabroni marynarzom grillować.
No dobrze, żeby jakoś zgrabnie wybrnąć z tego bezsensu, który się tu wykluł, i nawiązać do tytułu, powiem, że marynarze jak nikt inny mają możliwość hurtowego wręcz oglądania zachodów i wschodów słońca i księżyca. Zachody słońca - zwłaszcza w towarzystwie morskich fal - są chyba najbardziej obtrzaskanym landszaftem. Nic dziwnego, trudno mu dorównać malowniczością. Ja jednak, pozostając w zachwycie dla sunsetów, prawdziwą miłością pałam do wschodów księżyca. I - jak w piosence Dżemu - muszę je mieć. Uwiecznione.

Wschód Księżyca, Wrocław 17 kwietnia 2011, godz. 20.20.

Gdybym dysponowała porządnym teleobiektywem, zapewne zaniedbałabym macierzyńskie obowiązki i warowała przy oknie, albowiem okno mam od wschodu. Na permanentnie rozłożonym statywie w chwilach zdjęć nierobienia mogłabym np. suszyć pranie. Ponieważ jednak póki co dysponuję Sigmą 17-70, statyw zajmuje chlubne miejsce w szafie, a zdjęcie wygląda, jak wygląda.
Tak, proszę państwa, to jest księżyc. Nasz księżyc. Piękny, czerwony księżyc. We wschodach księżyca najpiękniejsze jest właśnie to, że satelita jest tak cudownie czerwony. No właśnie, dlaczego wschodzący księżyc jest czerwony? Z tego samego powodu, co zachodzący, i z identycznego, co wschodzące i zachodzące słońce. Księżyc, jak wiadomo, nie produkuje światła sam, tylko bezczelnie pasożytuje na słońcu, odbijając od swojej powierzchni to, co ono raczy na nią skierować. Światłu jest to akurat wsio rawno, ponieważ i tak musi przebić się przez ziemską atmosferę, zanim doleci do ócz naszych szanownych. No i teraz rzecz w tym, że kiedy świecący obiekt znajduje się nisko nad horyzontem, ma do pokonania tych warstw atmosfery znacznie więcej. Fale krótkie (niebieskie) mało są odporne na te okoliczności przyrody i ulegają rozproszeniu. Na polu walki zostają jedynie fale długie (czerwone). Wraz z obrotem Ziemi, czyli przesuwaniem się słońca lub księżyca w górę nad horyzontem, grubość tego, przez co trzeba się przekopać znacząco się zmniejsza, a zatem oba ciała niebieskie ubierają swoje typowe dzienne (lub nocne w przypadku księżyca) szatki.
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, dlatego w zupełnie innej sytuacji jest słońce względem astronautów na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.  Dla nich przez nic przebijać się nie musi i może pozostać takie, jak lubi najbardziej, czyli dysponujące widmem w pełnym jego zakresie. Trąci to pewną monotonią, ponieważ oni z kolei oglądają je po prostu białe (no, białawe, weźmy poprawkę na temperaturę powierzchni). Któż z nas jednak nie chciałby takiej monotonii skosztować, hę? :)

4 komentarze :

  1. piękny krwisty księżyc:)

    OdpowiedzUsuń
  2. O, ja też mam Sigmę 17-70. Fajna do makro jest; czerwone biedroneczki i te sprawy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, ta Sigma jest fajna do makro, natomiast do astrofotografii (w moim przypadku jest to "astrofotografia" z akcentem na cudzysłów) nie nadaje się kompletnie. No nic, może opchnę na allegro wózek bliźniaczy i zrujnuję się na porządne tele :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niezwykłe, jestem tym zaciekawiona, ponieważ przed chwilą byłam na dworze i zobaczyłam czerwony księżyc...niezwykłe widowisko, niezwykłe

    OdpowiedzUsuń