Planety na wolności

Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem. Albo: młody był, bogiem był i gnał wolny. Coś tam jeszcze o wolności z pewnością by się znalazło. To tylko próbka. Dlaczego o tym? Są takie ciała niebieskie we Wszechświecie, wystawcie sobie, które są kompletnie niezależne jak Szwajcaria. No, z tym kompletnie to trochę przesadziłam, bo pewne zobowiązania mają, o czym później, ale latają sobie kompletnie bezpańskie jak sfora kundelków. Co zacz? To, moi drodzy, samotne planety.
Bez jaj, w jaki sposób planeta może być samotna? Bez księżyca jak Wenus? Nie. Chodzi o planety wolne jak ptaki, nieposiadające własnego słońca. No ależ! Ależ, ależ. Miliardy lat temu, kiedy większość układów planetarnych była jeszcze w powijakach, zdarzało się, że następowała "zmowa" masywnych, już ukształtowanych planet lub gwiazd, które psim swędem zadryfowały w stronę powstających planet. Wskutek tego kosmicznego spisku jedna (a może i niejedna) planeta dostawała porządnego grawitacyjnego kopniaka i wylatywała z układu planetarnego w siną, pardon, w czarną dal. Pozostałe planety dogadywały się co do własnych orbit i szafa grała.
Niewykluczone, że taka sytuacja miała miejsce w naszym Układzie Słonecznym, bo dlaczego nie? A jeśli nie miała skutecznie, to prawie miała. Myślę tutaj między innymi o Plutonie, planecie od niedawna z przydomkiem karłowatej. Planety karłowate krążą na peryferiach naszego Układu i możliwe, że znalazły się tam za sprawą podstępnych knowań Jowisza, który jedną po drugiej, gdy tylko się znalazła w odpowiednim położeniu, wysyłał z wilczym biletem w odległe rejony. Może gdyby się bardziej postarał... No ale wyszło, jak wyszło.
Dobrze, a cóż te swobodne planety robią? One gnają sobie poprzez przestrzeń międzygwiezdną, najpróżniejszą z próżni. Skąd w ogóle wiemy o ich istnieniu? Ha, tutaj wrzucamy nasz lokalny kamyczek do tego ogródka. z "Uważam Rze" (nr 16/2011) dowiedziałam się, że ich odkrycia dokonał - tadam!!! - polski zespół OGLE (Optical Gravitational Lensing Experiment) pod kierunkiem prof. Udalskiego. Polacy pracowali z nowozelandzko-japońsko-amerykańską grupą MOA (Microlensing Obsercations in Astrophysics). Szał. Szał w gaciach, a nawet w barchanowych galotach. Coś takiego odkryć jest niezwykle ciężko, ale odkryto i tym samym udowodniono, że owe planety istnieją.
Tak jednak całkiem bezładnie owe swobodne planety sobie nie fruwają. W astronomii jakoś tak jest, że coś zawsze musi krążyć wokół czegoś innego i nie ma tak, że coś nie krąży. One więc obiegają dookoła środek naszej Galaktyki.
Jak duże mogą być te planety? A bardzo różnie. Są i bardzo masywne, znacznie większe od Jowisza (też niemałego przecież), podobne do brązowych karłów, czyli gwiazd, którym w życiu nie wyszło i nie zaiskrzyła ta pierwsza, dziewicza reakcja termojądrowa. Są też jednak planety zupełnie małe. Gabarytów Ziemi i mniejsze. I najlepsze jest to, że takich jest ponoć najwięcej. Dziwne nie jest. Wypchnąć takiego Plutonka to nie problem, ale do wykopsania Jowisza potrzeba już znacznie milszych okoliczności przyrody.
Brrr, smutno i zimno się zrobiło. Żadnych szans na ciepłe promienie gwiazdy, żadnych szans na powstanie życia, ciemno jak wiadomo gdzie i temperatura oscylująca wokół zera bezwzględnego. Nie chcielibyśmy mieć takich warunków za oknem, czyż nie? Gnają tak sobie przez przestrzeń aż do skończenia świata. Chyba że władują się na coś po drodze. Co oczywiście również jest możliwe.

0 komentarze :

Prześlij komentarz