Gwiazda in red

Z Małym Księciem to mam wspólnego, że wschody obserwuję do wypęku i normalnie stadami. On, bo chciał, ja, bo muszę. Dzieci są lepsze niż budzik. Z dokładnością konkurującą z zegarem atomowym o piątej rano zapodają odgłos paszczowy, który skutecznie wykopuje z wyra Morfeusza. Cóż pozostaje? Tyłki oporządzić, ubrać młodzież i... stanąć przy oknie, bo właśnie jest co oglądać.
Tu dygresyja. Ludzie kochane, czasy, kiedy z ruską lunetą w środku nocy trwałam na balkonie rozgrzewana od środka zapałem obserwacyjnym, minęły bezpowrotnie. Żadna siła na tej planecie z siłą ciążenia włącznie nie wykopie mnie na dwór ze statywem. Żadna siła nawet nie przymusi mnie do sięgnięcia po statyw (musiałabym kopnąć się po stołek). Dlatego focie są takie śłitaśne. W ciągu około 10 minut słoneczko pokonało niezły kawałek nieboskłonu. Bo słoneczko ogólnie to ma niezłego speeda.






No ale o co chodzi z tym słońcem? Wicie, ludzie, patrzyłam tak sobie na tę blednącą czerwień, z początku przypominającą ukraiński barszczyk, potem kolor rasowego Ferrari i myślałam sobie, że już za chwileczkę, już za momencik, bo za jakieś niecałe 5 miliardów lat wielki, czerwony okrąg wytoczy się ponad spękany horyzont. Temperatura oscylująca wokół powiedzmy 100 stopni Celsjusza sprawi, że powietrze nad przeoraną pęknięciami ziemią gwałtownie zafaluje. Czerwony olbrzym dość szybko obejmie we władanie tak z połowę nieba.
Nie będzie komu podziwiać tego oszałamiającego spektaklu. Parafrazując klasyka, nie będzie roślin, nie będzie zwierząt, nie będzie niczego. Słońce, które zupełnie niedawno pożarło Merkurego i Wenus, z niesłabnącym apetytem zacznie zabierać się za Ziemię. Jeszcze trochę i pierwszą planetą Układu Słonecznego będzie Mars. 
W stadium czerwonego olbrzyma trochę pobytuje, a potem zacznie malowniczo umierać, tworząc przepiękną (zapewne) mgławicę planetarną. Żeby ktoś to kiedyś sfocił. Albo chociaż niech wymyśli podróże w czasie. Chcę to zobaczyć!

0 komentarze :

Prześlij komentarz