Służbowo na statek

Było sobie pięciu panów w statku nie licząc pilota. I pilot był tak trochę w cudzysłowiu, i statek trochę nie teges. Tylko panowie byli w stu procentach panami. To znaczy do opinii publicznej nie przedarły się żadne insynuacje, jakoby miało być inaczej. Nieważne. Ważne, co ta zgraja w ogóle robiła.
Zgraja międzynarodowa zaokrętowała się na statek lecący na Marsa. Lot też z przymrużeniem oka, bo nawet na milimetr nie oderwał się od ziemi. Cała impreza odbywała się na sucho.
Mowa o eksperymencie, który zakończył się 4 listopada 2011 roku. Trzech Rosjan, Chińczyk, Francuz i Włoch (heloł, czy ktoś zwrócił uwagę na nieobecność Amerykanów? Ano właśnie) dało się na 520 dni zamknąć w niezbyt pokaźnej blaszanej puszcze i odbyło sfingowaną podróż na Marsa i z powrotem. Celem eksperymentu było zbadanie, jak ciała kipiące testosteronem zniosą wspólne życie przez tak długi czas i to w oderwaniu od cywilizacji. Mówiąc inaczej, czy nie pozabijają się, zanim dolecą. Misja się powiodła, panowie cali i zdrowi po 520 dniach wyszli z modułu i objawili się światu. Alleluja!

Zdjęcie z wiadomosci.onet.pl

Chwalebne? Chwalebne. Sęk w tym, że Amerykanie obśmiali się jak norka i stwierdzili, że takie eksperymenty można sobie, brzydko mówiąc, wsadzić. Ja sama stoję w rozkroku między chińsko-rosyjskim entuzjazmem, a amerykańskim rechotem. Na pewno coś to dało, pytanie tylko, czy na pewno to, czego oczekiwali uczeni.
Bo zobaczmy. Podstawowy mankament tego eksperymentu polegał na tym, że uczestnicy, choć zamknięci i odizolowani, mieli prawo w dowolnym momencie się wycofać. Ja się już nie bawię, zabieram klocki, tracę te 100 tys. dolarów, ale więcej tych facetów na oczy oglądać nie chcę, do widzenia. Świetny zawór bezpieczeństwa. W kosmosie nie będzie można tak po prostu odejść. Stawiam tezę, że w związku z tym psychika człowieka reaguje zupełnie inaczej, wiedząc, że ma w zanadrzu wyjście awaryjne.
Po drugie sześciu wspaniałych miało zapewniony kontakt ze światem zewnętrznym za sprawą radia i... Internetu. No heloł, jakby powiedziała Mariolka Paranienormalna. Jeśli mogli sobie fejsbuczyć, tłiterować i mejlować do woli, to wiecie, ja też tak mogę się odizolować, kein Problem. Pytanie, czy w przestrzeni kosmicznej też taki świetny dostęp do sieci będzie. Może jestem wsteczna (i baba na dodatek, choć akurat ciemnowłosa) i w kosmosie również świetnie się można tą drogą kontaktować, niech mnie w takim razie ktoś oświeci. Bo na razie uważam, że chyba raczej nie.
Po trzecie o ile mi wiadomo, nie pozostawali w stanie nieważkości. A to też coś zmienia. To takie szczególiki, ale życie jest prostsze, kiedy nie musisz pamiętać o przymocowaniu bidonu na swoim miejscu, sikaniu do węża, nie mówiąc już o, ekhm, dwójce. Pierdoły, które składają się na sprawy większe, a wszyscy wiemy, że to właśnie duperele potrafią najbardziej wnerwić.
Fajnie więc, panowie mieli długi urlop od codziennego kieratu, zrobili trochę sfingowanych badań, przeżyli jedno udawane lądowanie i zupełnie na niby szczęśliwie powrócili. Tylko że w ten sposób nie dowiedzieliśmy się niczego.
Co więcej, choćbyśmy nie wiem jak skomplikowane eksperymenty będziemy przeprowadzać, nigdy nie przetestujemy człowieka do końca. Zawsze pozostaje ta możliwość, że ktoś zareaguje, wejdzie do modułu i zapobiegnie zbrodni. Niczyje zwłoki nie zostaną zostawione w gigantycznej międzyplanetarnej lodówce. Wobec posiadania takiej gwarancji człowiek zawsze będzie funkcjonował nieco inaczej.

1 komentarze :

  1. to prawda - co innego móc w każdej chwili się wycofać, a co innego, gdy jednak trzeba wytrwać do końca...No i to ciążenie...To ja też piszę się na taki lot - odpocznę sobie od codzienności, może z nudów coś mądrego wymyślę, a jak mi się znudzi, to sobie pójdę:)
    ...taki parakosmiczny "Big Brother"...

    OdpowiedzUsuń