Pif paf atomem w asteroidę

Na pewno widzieliście "Armageddon". Nie wierzę, że nie. Telewizornia częściej puszcza chyba tylko "Kevina samego w domu", ewentualnie "Alternatywy 4" (uwielbiam Bareję, tak na marginesie, ale tort jedzony na kilogramy też może się znudzić). Jeśli jednak jakimś cudem komuś umknęło, to spieszę objaśnić, że chodzi o to, że w stronę Ziemi zmierza spora asteroida. Tak pechowo zmierza, że jak w nią uderzy, to o naszej cywilizacji spokojnie będzie można mówić w czasie przeszłym. Ten i ów odłamek oderwany od "macierzy" ma czelność palnąć w powierzchnię naszej planety i widzimy na przykład niezwykle malowniczo unicestwiany Paryż. Delicje. Jest tylko jeden ratunek. Należy wysłać na asteroidę delegację, która tam wyląduje (ha, ha, ale powiedzmy, że to możliwe), wwierci się pod jej powierzchnię na odpowiednią głębokość, założy tam ładunki, odleci (hre, hre, hre) i z bezpiecznej odległości zdetonuje, co założyła. Niemożliwe? Nie dla Bruce'a Willisa. Dla niego to pikuś.


Boski Bruce gra eksperta od wierceń, który zęby zjadł na szukaniu i znajdowaniu ropy. To znaczy, że potrafi wiercić jak mało kto. Boski Bruce wraz ze swoim zespołem jednostek przeciętnych inaczej zostaje szybciorem przeszkolony i przemalowany na astronautę i wysłany na obce ciało niebieskie w wiadomym celu.

Lekko nie jest. Ekipa się sypie, asteroida okazuje się generować dość nieprzyjazne okoliczności przyrody, ten i ów wyciąga kopytka z samym Bruce'em włącznie. Żal. Koniec końców ładunek udaje się jednak odpalić i ludzkość po raz kolejny wie, że jej się upiekło.

No i teraz niedawno media doniosły, że lądowanie na hipotetycznej asteroidzie wcale nie będzie konieczne. Wystarczy z Ziemi wykopsać rakietę z odpowiednio silnym ładunkiem nuklearnym, który z powierzchnią asteroidy się zetknie. To wszystko. Będzie można powiedzieć "jaka piękna katastrofa". 

Skąd to wiemy? Naukowcy (amerykańscy, a jakże) z Los Alamos National Laboratory przeprowadzili symulację, której bohaterką stała się asteroida wielkości pół kilometra. Co to jest pół kilometra? Dinozaury by to wyśmiały. Wystarczył ładunek 50 razy mocniejszy niż ten, który zrzucono na Hiroszimę. Szału nie ma. Pyk i planetoida odchodzi w zaświaty. Żadnych odwiertów, żadnych wypraw załogowych, boski Bruce może spokojnie dalej grać w golfa. God bless America, howgh ;)

3 komentarze :

  1. a ciekawym, jaka dla nas różnica czy spadnie na nas jeden kamień o masie japerGrama czy japier kamieni o masie grama. energia ta sama, masa też, powierzchnia dramatycznie większa, ciekawym

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zanim odpowiedzą bardziej fachowi -- małe odłamki spalą się w atmosferze. Czyli pokopci się i tyle. Duże dolecą do powierzchni ziemi i narobią bigosu. Średnie mogą dolecieć, ale nie narobią wielkich szkód, ze względu na rozproszenie.

      Usuń
  2. ja niestety na "Armageddonie" byłam w kinie...

    OdpowiedzUsuń