Z głową w stratosferze

Niestety. Czas sobie to powiedzieć jasno i wyraźnie: nie mam szans na lot w kosmos. Pierwsze primo (i najważniejsze) - kosmiczna turystyka jest poza zasięgiem mojego portfela. Powiedzmy, że skromne 40 mln dolarów już by mnie urządzało, ale cóż, gdzieś mi się potoczyło kilka zer. "Pan jest zerem, panie pośle" - mówił Miller do Ziobry i naprawdę nie doceniał wagi słów. Jeszcze nigdy zero nie znaczyło tak wiele dla tak niewielu.

Drugie primo - jestem za stara. Zanim by mnie uczłowieczyli przez ukosmicznienie z pewnością weszłabym w wiek emerytalny, bo w balzakowskim już dziarsko egzystuję, a to skutecznie sprowadziłoby moje szanse do parteru, a one wdzięcznie wyzionęłyby ducha.

Po trzecie - uwielbiam latać, jednakowoż gdyby się dało obyć bez tego podchodzenia żołądka do gardła przy obniżaniu pułapu, byłabym przeszczęśliwa.

Cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Zaliczyłam krótki wypadzik w stratosferę (to znaczy liznęłam ją od dołu), drugą warstwę ziemskiej atmosfery, która zaczyna się około 10 km nad powierzchnią naszej planety. Ludzie, taki błękit jest widoczny tylko na wysokościach, Ryanairu niech będą dzięki. Biel chmur widzianych od góry bije po oczach, burzowe cumulonimbusy rozmiarów gargantuicznych mija się jak górotwory. Jedne z najpiękniejszych chwil mojego życia rozegrały się właśnie u progu stratosfery, gdzie panuje jakże przyjemna temperaturka około -40 stopni C.

Takiej foty niestety nie machnęłam (jak na mój gust jest podrasowane):

Zdjęcie z Wikipedii

Ale machnęłam kilka innych. Purystów fotograficznych uprasza się o patrzenie przez palce. Co można sfocić aparatem 2 Mpx, który się ma w Nokii C3 i cyka się przez podwójną szybkę okna w samolocie (nie najczystszą zresztą)? No właśnie.






Kiedy więc jestem te 11 tysięcy metrów nad ziemią (oby jak najczęściej!), dociera do mnie kilka spraw:
  • nasza planeta jak na małą planetę jest zupełnie spora
  • jest nieprawdopodobnie mądrze pomyślana
  • jest niesamowicie piękna (truizm gładkolufowy)
  • zakrzywienie horyzontu jest cool ;)
A poeta by dodał, że kurek to nawet nie widać.
No. A notka powstała, bo po raz kolejny były tyle samo startów co lądowań. Tak trzymać.

3 komentarze :

  1. Im bardziej pochmurne niebo patrząc z dołu tym lepiej wygląda to z góry. Pełne słońce, nieskazitelnie błękitne niebo i piękne kłębiska chmur na dole. Nawet jak nie ma się po co lecieć to i tak warto - dla samego przeżycia.

    OdpowiedzUsuń
  2. zewsząd i znikąd28 czerwca 2012 02:00

    A ja się (niestetyż?) raczej boję samolotów. Na chorobę morską, lokomocyjną itp. jestem wybitnie odporna - na promie z Tallinna do Helsinek podczas sztormu tańczyłam w korytarzach, żeby mną bardziej zarzucało, a koleżanki wszystkie padły - zresztą akurat w samolotach zawsze mnie rozczarowywało to, że "nic się nie czuje". W każdym razie psychicznie się boję... nie obchodzi mnie, że STATYSTYCZNIE samolot jest podobno najbezpieczniejszy, bo w razie czego ma się dużo mniejsze szanse na przeżycie, niż np. w pociągu.
    Poza tym: myślę, że nawet się nie zbliżę do lotniska, dopóki nie będę pewna, że nie stosują tych skanerów "rozbierających". Nikt nie ma prawa oglądać mnie nieubranej, nikomu nie udzielam takiego pozwolenia. Bezpieczeństwo państwa nie ma dla mnie znaczenia w porównaniu z nietykalnością człowieka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zakrzywienie horyzontu? Na wysokosci 11.000 metrow? Hmmm ;)

    OdpowiedzUsuń