Czekając na zagładę Marsa 19 października 2014 r.

Och, tak ciekawie to zapewne nie będzie, ale kto wie, kto wie, czy nie warto przypadkiem już teraz zarezerwować sobie urlopu na 19 października 2014 roku, udać się w jakieś tereny gwarantujące okoliczności przyrody idealne do obserwacji (może podróż życia do Chile wzorem premiera tysiąclecia?), rozłożyć się z leżaczkiem (i zestawem obserwacyjnym w postaci zgrzewki tego i owego) i wycelować, co się tam ma do celowania, w kierunku Marsa. Rany boskie, ale długie zdanie.

Mars albowiem wielki swój dzień będzie wtedy miał. Wiele wskazuje na to, że bardzo blisko jego powierzchni przeleci kometa C/2013 A1 odkryta bardzo niedawno - jak sama nazwa wskazuje, w tym roku. To znaczy nie. Po prawdzie to namierzono ją w 2012, ale w 2013 roku potwierdziło się, że mowa o tym samym obiekcie. Tak więc 3 stycznia 2013 Robert McNaught, kiedy już odespał zapewne kaca po sylwestrowej balandze, szczęśliwie popatrzył w niebo za pomocą teleskopu znajdującego się w Australii i odkrył obiekt, który wtedy znajdował się 7,2 j.a. od Ziemi (j.a., tak dla przypomnienia to średnia odległość Ziemi od Słońca, czyli 150 mln km). To miło. Kiedy odespał nieco bardziej i trzasnął sobie małą czarną dla rozbudzenia (albo klina, kto wie), poczynił obliczenia (och, upraszczam, oczywiście, że upraszczam, bo nie tylko on, bo ludzie, maszyny i tego typu bajery), to zrobiło się jeszcze milej, bo wyszło na to, że kometa przeleci w odległości mniejszej niż 150 tys km od powierzchni Marsa. Kiedy policzono jeszcze bardziej dokładnie (plus kolejna mała czarna), ustalono odległość na około 105 tys. km. A mówi się nawet o 53 tys. To już grubo. Przy tej odległości istnieje 0,08% szans, że kometa ściągnięta siłą grawitacji planety zderzy się z jej powierzchnią.

Focia z economist.com

I nie będzie to takie se zderzonko niewarte uwagi. Wprost przeciwnie. Kometa bowiem rozmiarów jest słusznych. Wychodzi na to, że ma między 8 a 50 km średnicy. 50 km średnicy to więcej niż mają dwa księżyce Marsa, Fobos i Dejmos i to wzięte do kupy. Asteroida, którą podniecaliśmy się niedawno, że tak blisko Ziemi przelatywała, była zaledwie rozmiarów boiska futbolowego.

Focia z beforeitsnews.com

Jakiś czas temu obiekt o średnicy 15 km zderzył się z Jowiszem. Choć parę dobrych lat minęło, skutki w atmosferze giganta obserwuje się do dzisiaj. A chodziło o mniejsze ciało i znacznie większą planetę. Co się więc stanie, jeśli większa kometa uderzy w planetę mniejszą gabarytami?

Może być ciekawie. Wyrąbie wtedy krater o średnicy około 500 km (prawie jak w linii prostej z Wrocka do Białegostoku) i głębokości 2 km. Planeta pewnie by ocalała, to nie ta skala zjawisk, ale gdyby na Marsie istniało życie, to mogłoby doświadczyć zupełnie przyzwoitej apokalipsy.

Co by było, gdyby kometa tych rozmiarów uderzyła, ot powiedzmy w to miejsce, gdzie znajduje się Polska? Cóż, Bałtyk zmieniłby nieco swoje położenie, skuszony przepłynięciem w piękną i głęboką dziurę (Bałtyk ma w najgłębszym miejscu tylko nieco ponad 100 m). Na całej planecie nastąpiłoby nagłe i drastyczne ochłodzenie, ponieważ pył z wybuchu odciąłby dostęp promieni słonecznych. Pył utrzymywałby się długo i nastąpiłaby kolejna epoka lodowcowa. Nawet jeśli większość z nas by przeżyła, czekałaby nas totalna katastrofa ekonomiczna i ekologiczna. Ale pewnie nie mielibyśmy tyle szczęścia.

To co? Trzymamy kciuki za Marsa!


2 komentarze :