Współczesna epoka lodowcowa czy globalne ocieplenie?

Wszyscy przynajmniej raz w życiu słyszeliśmy o tym, że emisja gazów cieplarnianych do atmosfery, te lodówki, freony, dwutlenki węgla i inny czad robią nam niezły bajzel z klimatem. Konkretnie że wzrasta globalna średnia temperatura, co skutkuje topnieniem lodowców, zmniejszeniem zasolenia oceanów, zmianą przebiegu prądów morskich, podniesieniem stanu wód (żegnaj Holandio), kataklizmami, wyginięciem zwierzyny i/lub ludzi (żegnaj Holandio) i tego typu sprawami. Gdy ktoś zaczyna mówić o zbliżającej się erze zlodowacenia, tłum zabija go śmiechem. Sprawa wcale jednak taka głupia nie jest. Co więcej, wydaje się, że ci, którzy tezę epoki lodowcowej uparcie lansują, mogą mieć dużo racji.

A czemuż to, a czemuż? A temuż, że istnieje coś takiego jak cykl aktywności słonecznej. Wiadomo, mamy cykle 11-letnie i o nich słyszał każdy. Cykle 11-letnie to następujące po sobie zmniejszenia i zwiększenia aktywności słońca, które niosą w sobie przy okazji atrakcję w postaci słonecznych plam.

Focia z adk.astronet.pl

Tu dygresyjka. Będąc młodą studentką, jechałam ci ja w klasie 2 szanownego PKP relacji Kłodzko - Wrocław. Miało się ku wieczorowi i dzień się już nachylił, jak mówi piosenka, ale słoneczko jeszcze trochę dawało po gałach. Nie na tyle jednak, by nie móc spojrzeć na czerwoną kulę zmierzającą dziarsko w kierunku horyzontu. I wtedy, proszę ja was, gołym okiem mem nieuzbrojonem widziałam słoneczne plamy. Konkretnie trzy. I wcale mi się ciemno przed oczami nie zrobiło. Był to rok 1999 lub 2000, czyli dawno dość. Nie zapomniałam, bo plamy wypaśne były, skoro się gołym okiem zauważyć dały. Gapiłam się jak sroka w gnat ryzykując ślepotę, ale słusznie, bo od 13 lat niczego podobnego nie uświadczyłam.

Do cykli wróć (kobiety są dobre w cyklach tak swoją drogą). Cykle 11-letnie wpisują się w większe jeszcze, bo kilkusetletnie i dłuższe, liczone w tysiącach lat. I te dłuższe cykle też charakteryzują się okresami zmniejszonej i zwiększone aktywności słonecznej. I tak się składa, że obecnie robi się bardzo ciekawie.

Kilkaset lat temu, mniej więcej w XVII wieku Słońce przeżywało kryzys. Jego aktywność była bardzo niska, o wiele niższa niż obecnie. Dół ten nosi nazwę Minimum Maundera.

Zdjątko z www.skepticalscience.com

W czasie Minimum Maundera w Europie panowało coś w rodzaju małej epoki lodowcowej. Dużo chłodniej, znaczy się, było. Na całość oprócz aktywności słonecznej złożyła się jeszcze aktywność wulkaniczna i zmiana przebiegu prądów morskich. Skutkiem tego było obniżenie temperatury. 

Na początku XXI wieku przeżywaliśmy najwyższą jak do tej pory aktywność słoneczną, coś w rodzaju odwrotności Minimum Maundera. Z obliczeń wynika, że czas ten właśnie ma się ku końcowi i powinniśmy zaliczyć stopniowy zjazd w dół. Ten zjazd powinien zakończyć się za lat kilkadziesiąt ukoronowaniem dzieła w postaci kolejnego Minimum Maundera.

Pewne symptomy obserwujemy od jakiegoś już czasu. Wszyscy na pewno zauważyli, że pogoda ma zwyczaj zapodawać nam drastyczne zmiany temperatury w postaci przejść od -10 st C od razu na +25. Ginie nam przedwiośnie, giną okresy przejściowe, a zaczynają panować dwie pory roku: ciepła i zimna. Podkręcam atmosferę oczywiście, nieco trywializuję i upraszczam sprawę, chodzi mi jednak o zaistnienie pewnej tendencji. Skracanie okresów przejściowych między porami roku, brak wiosny jako takiej, a od razu skok z zimy w lato świadczy o zbliżaniu się... kolejnej epoki lodowcowej. Czy ona będzie taka jak  XVII wieku czy mniejsza zależy od aktywności człowieka i jego (zgubnego) wpływu na środowisko.

Sprawa się komplikuje, ponieważ na te cykle globalnego ochłodzenia i powrotu do normy nakłada się skutek działalności człowieka. Człowiek rzeczywiście emituje do atmosfery potężne ilości dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych. Jeśli ich stężenie w atmosferze przekroczy pewien punkt krytyczny, Minimum Maundera co prawda nastąpi, ale będzie nieodczuwalne z racji podniesienia ogólnej temperatury globu. Bilans musi wyjść na zero, pero.

Małe epoki lodowcowe to jedno, a duże epoki lodowcowe to drugie. Ziemia co jakiś czas ich doświadcza i trwają one znacznie dłużej niż kilkadziesiąt czy sto lat. Właściwie jakby na to spojrzeć szerzej w ramach permanentnego zlodowacenia przeżywamy cykliczne antrakty. Trwają one około 10 000 lat. Tak średnio na jeża. Pojawiają się regularnie raz na sto lub sto pięćdziesiąt tysięcy lat. Obecnie też żyjemy w takim antrakcie i wiecie, ile on już trwa? 11 000 lat. To znaczy, że zbliżamy się do końca. Świetnie to ukazują badania temperatury na Antarktydzie, w stacji Vostoc.

Focia z www.skepticalscience.com

Nie jest dobrze, bracia i siostry, nie jest dobrze.Obecny okres międzyzlodowaceniowy nieco nam się przedłuża (w końcu nigdy wcześniej aktywność człowieka nie była tak intensywna), ale nieuniknione i tak nadejdzie. Pociągniemy tak czy inaczej jeszcze trochę, ale i tak zacznie się to, co zacząć się musi.

Dlaczego? Ano dlatego, że raz na te 100 tys lat dochodzi do zmian w orbicie Ziemi. Wraz z tymi zmianami zmniejsza się nasłonecznienie półkuli północnej podczas lata. Lodowce w mniejszym stopniu się wtedy topią, co sprawia, że zimą przyrastają obficiej. Skoro przyrastają obficiej, to zajmują większe tereny. Skoro zajmują większe tereny, to zmienia się albedo Ziemi (czyli ilość odbijanych promieni słonecznych), co dodatkowo wychładza klimat. Następuje epoka lodowcowa.

Badania na Antarktydzie wskazują, że obecny okres międzylodowcowy będzie jednym z dłuższych. Niekoniecznie ze względu na aktywność człowieka, bo w przeszłości też różnie się działo. Mamy przed sobą jeszcze jakieś 4 tysiące lat, może więcej i potem nastąpi klops. Czy działanie człowieka zmieniające klimat na cieplejszy wpłynie jakoś istotnie na "jakość" epoki lodowcowej? Nie wiadomo. Pożyjemy, zobaczymy - wypadałoby powiedzieć. Tylko że my akurat ani pożyjemy, ani zobaczymy. Może i lepiej?


1 komentarze :

  1. czemu piszesz Wostok w transliteracji angielskiej?

    OdpowiedzUsuń