Człowiek o żelaznej cierpliwości, czyli bajeczka o Supermanie

To już lato, tralala, to już lato. Ogólnie lato, komary i nerwy, zwłaszcza że po podtopieniach komary ewoluowały i zdziczały, wielkie są jak krowy i krwiożercze jak tyranozaury czy coś w ten deseń. Lato na szczęście na komarach się nie zaczyna ani na nich nie kończy. Po drodze możemy zaliczyć takie historie jak będę brał cię w aucie czy jakieś tam inne kochali się namiętnie w męskiej ubikacji (tak na marginesie chyba do końca życia będę zlewać ze słów tej piosenki). W przerwie między erotycznymi lub sportowymi wyczynami warto wybrać się do kina na film o tematyce mniej lub bardziej kosmicznej.

Ten był o mniej. Upchnąwszy dzieciarnię u babci, wybraliśmy się z małżonem na Supermana w odsłonie pt. Człowiek ze stali. Jest moc. Jest moc w tytule, bo o tym, co z resztą, to za chwilę. Błogosławię do dzisiaj tę chwilę, kiedy to za wyniki jakieś tam w pracy otrzymała byłam dwa bilety do wykorzystania na seans zwykły lub 3D. Błogosławię, bo sami nie musieliśmy wyskakiwać z pięciu dyszek, bo gdybym miała wyskoczyć i zobaczyć to, co zobaczyłam, to musiałabym upłynnić kolejne pięć na zakup czegoś, co pozwoli mi zalać traumę.

Właściwie recenzję (se powiedziała, recenzję, ą-ę) mogłabym zawrzeć w dwóch słowach. Albo nie, w trzech słowach. Pozwolę sobie najpierw te słowa przedstawić, by następnie tezę rozwinąć. Będzie grubo, puryści proszeni o spuszczenie powiek. Uwaga, zaczynam:

No ja pierdolę.

Ad rem, kruszyzno, ad rem. Człowiek jak już jakoś tak zasiądzie w tych śmiesznych okularkach, jak już się zapatrzy na info o obsadzie, to nabiera ochoty na więcej. W filmie skumulowano możliwie wiele gwiazd na możliwie niewielkiej przestrzeni (no dobra, nie bierzemy pod uwagę przestrzeni międzygalaktycznej, chodzi o  akcję filmu) i odniosłam wrażenie, że nazwiskami producent chce zrobić mi dobrze. Kogóż tam nie ma! Jest i  Laurence Fishburne, który na zawsze pozostanie dla mnie Morfeuszem, jest Kevin Costner, czyli Robin Hood (nie uwolni się od tego, nie ma bata), jest i  Russell Crowe, pamiętny Gladiator, który, a jakże, nie omieszka nadstawić klaty, jest Diane Lane. Gęsto? Gęsto jak w atmosferze Jowisza. Pobudzona nie na żarty  wlepiam więc gały w ekran i co? I widzę taką totalną kichę, że aż mnie to boli.

Tak nudnej, tak przegadanej i tak sztywnej wersji Supermana nie widziałam jeszcze nigdy. Doskonale drewniany odtwórca roli tytułowej (Henry Cavill) bije na głowę nawet Frodo Bagginsa z Władcy Pierścieni, a to nie jest takie proste. Crowe jako ojciec Supermana spełnia się wyłącznie w moralizatorskich perorach. Wtóruje mu Costner i to jest już naprawdę ciężkie do wytrzymania. Mam świadomość, jak ogromne talenty zaangażowano do tak miałkich ról i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że panowie odpitolili sobie chałturkę, żeby mieć na waciki, erupcję możliwości pozostawiając na później. W końcu trzeba z czegoś żyć. Jedni grają do kotleta, inni grają w Supermanie.

Niektóre sceny w filmie są komiczne. I to jest właśnie najsmutniejsze, ponieważ dam sobie rękę uciąć, że w zamyśle reżyserskim bawić nie miały. Po prostu efekt jest idiotyczny. Koturnowość i patos są nie do zniesienia. Jeśli ktoś chciał spieprzyć fajny pomysł, to mogę go tylko poklepać po plecach ze słowami "dobra robota, stary".

Efekty specjalne, owszem, są i przyzwoicie to wygląda, ograniczają się jednakowoż to totalnej rozpierduchy. Skoro już idziemy na 3D, to oczekiwałam czegoś więcej.

Nie wiem, jakim cudem film zebrał tyle pozytywnych ocen na filmweb.pl. Siedem gwiazdek z kawałkiem na dziesięć możliwych. Wyszłam z kina zmęczona. Po prostu zmęczona. Małżon na filmie zasnął.

3 komentarze :

  1. Hehe, ostatnie zdanie zabójcze;)

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak, film zdecydowanie przegadany a jak już się coś działo to... rozwalili pół planety. Też mi supermen. >.<"

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahah ja pewnie gdybym poszła na ten film, to bym PIT przez Internet wypełniała albo coś w tym stylu, byleby nie usnąć :) Chociaż z drugiej strony - sen nie byłyby taki zły :)

    OdpowiedzUsuń