Star Trek, czyli ciemność widzę, ciemność

Dobra, powiedzcie mi, że nie tylko ja jestem taka nienormalna. Niech ktoś okaże litość i przyzna się, że też się kochał w Spocku. Ja wiem, ja wszytko wiem. Jak może się podobać gość, który ma takie odjechane brwi i szpiczaste uszy? Może, może. Pamiętajmy o pierwszym zdaniu i jego ostatnim wyrazie.

Do filmu Star Trek mam sentyment potężny. Widziałam go po raz pierwszy podczas mojego pierwszego pobytu we Włoszech, a było to w czasach głębokiej komuny. Wówczas - tak na marginesie - po raz pierwszy w życiu widziałam hipermarket i reklamy w telewizji - szok był potężny. W telewizji, z której łykałam wszystko, jak leci (choćby dlatego że telewizor był kolorowy), leciał również Star Trek. W wersji - proszę się trzymać krzesła - z włoskim dubbingiem. Włoski dubbing nie ma sobie równych i zawstydzić go może chyba tylko dubbing czeski przy Batmanie. Kto widział, ten wie, że jest moc.

Widziałam więc sobie ten Star Trek i grasował tam Spock, no i ten Spock mi tak cholernie przypasował. Kiedy wróciłam do Polski i po jakimś czasie dane mi było oglądać serial i u nas (chwała Bogu nie dubbingujemy), siedziałam już odpowiednio psychicznie przygotowana i z nabożną czcią chłonęłam wszystko, co widziałam. Nic dziwnego więc, że do lecącego właśnie w kinach nowego wcielenia filmu  o załodze USS Enterprise podchodziłam mało obiektywnie.

Plakat z filmweb.pl

Od razu mówię, nie widziałam w wersji 3D. Ale nic nie szkodzi, bo 3D to tak naprawdę tylko wodotryski. Są filmy, które powstają tylko po to, żeby zaprezentować jakieś efektowne ujęcia w trójwymiarze i odjechane triki, a jeśli je tego pozbawić, świetnie pasują do określenia, jakie w "Rejsie" pada pod adresem filmów polskich - "nuda, panie, nuda". Star Trek w wersji "W ciemność" na szczęście do nich nie należy. Znakomicie broni się sam.

Powiem szczerze, spodziewałam się szmiry podobnej do Supermana, którego jakiś czas temu zjechałam z góry do dołu. Spodziewałam się jakiegoś sztampowego przegadańca, pełnego pierdów o tym, że my, naród, a w ogóle to Bóg, honor, prezydent, ojczyzna, jak to Amerykańce mają w zwyczaju (swoją drogą, co za obsesja na punkcie prezydenta, wyobraźcie sobie tego typu podejście w realiach polskich, hłe, hłe ;) ). Tymczasem nic z tych rzeczy. Otrzymujemy, wystawcie sobie, naprawdę dobry film z fajnym przesłaniem o przyjaźni i miłości, przy czym nie ma w tym nic kiczowatego. Emocje są prawdziwe. Ba, emocje są takie, że film z wypiekami oglądałam do końca napisów końcowych, choć sama koncepcja losów Jamesa Kirka nie przypadła mi do gustu (zdradzać nie będę). Jest dobrze pomyślana intryga, jest napięcie, są nieoczekiwane zwroty akcji, pojawia się nawet przesmaczny moment, kiedy widz nie wie, komu już wierzyć, bo obydwie strony brzmią wielce wiarygodnie, a wiadomo, że jedna musi kłamać.

Zaskakująco dobry film, serio, serio. W dodatku - zaleta nie do przecenienia - nie pojawia się w nim nawet ślad Bruce'a Willisa czy innej hollywoodzkiej megagwiazdy. Nie ma co liczyć na głębokie aktorstwo, to Star Trek, a nie Polański czy inny Allen, ale ci, co tam wystąpili, dali radę. Kapitalna rozrywka od początku do końca, a Spock przystojny jak zawsze. Jezusicku, aż się wzruszyłam ;)

2 komentarze :

  1. Zgadzam się - na prawdę dobry film, fajnie dobra obsada, efekty i nawet dość spójny fabularnie. Jeśli ktoś ma robić nowe Gwiezdne Wojny, to właśnie J.J :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Potwierdzam obie opinie :)

    OdpowiedzUsuń