Życie, życie jest gwiezdną nowelą

Biję się w pierś mą drobną acz zupełnie zgrabną i przyznaję bez bicia (wyczuwam nutkę sado-maso?), że cicho tu było. To się zmieni. W obietnicach jestem jestem lepsza niż rząd Tuska, obiecam wam wszystko zawsze i wszędzie, dlatego niniejszym obiecuję, że od sierpnia teksty będą wpadać częściej. Okoliczności przyrody się zmieniły.

A tymczasem co tam, panie, w polityce? Chińczycy trzymają się mocno. Wybuchła w końcu Eta Carinae? Nie? A, to spoko. Rozpłynęła się ostatecznie jakaś mgławica? Też nie? No to na zachodzie bez zmian. Życie gwiezdne ciągnie się tasiemcowo jak tasiemiec uzbrojony lub telenowela "W kamiennym kręgu". Ktoś pamięta ten suchar? Nie mówcie, że nie oglądaliście z wypiekami na twarzy ;) O kręgu więc dzisiaj, nie tyle kamiennym czy zaklętym, co gwiezdnym. 

Bardzo ładna grafika wpadła mi w oko. Grafika ilustrująca - w mocnym uproszczeniu - cykl życia gwiazd.


Zaczyna się wszystko od protogwiazdy, która wyodrębnia się w obłoku gazowym. Następuje kolaps grawitacyjny i rozmiary protogwiazdy od średnicy Układu Słonecznego (takie rozmiary miało Słońce jako protogwiazda) ścieśniają się do rozmiarów w miarę normalnych. Gwiazda przez pewien czas czeka na swój pierwszy raz, czyli na utratę dziewictwa w postaci pierwszej reakcji termojądrowej. Ta może nigdy nie nastąpić i gwiazda zestarzeje się w swoim niechcianym dziewictwie jako brązowy karzeł. Może jednak zaistnieć i przez dobry kawałek czasu będzie funkcjonować jako gwiazda ciągu głównego.

Co dalej? Dalej jak najwspanialej, jak powiedziałby Ildefons Gałczyński. Po wyczerpaniu w jądrze zapasów wodoru, gwiazda zaczyna spalać hel i coraz cięższe pierwiastki, co skutkuje tym, że zwiększa swoje rozmiary i przechodzi w stadium czerwonego olbrzyma. Tutaj kończy się etap naszej małej stabilizacji i wiadomo, że koniec jest bliski. Wszystko, co potem zależy od tego, jakie rozmiary gwiazda posiada. Są takie, które etapu ciągu głównego nie zaliczają w ogóle i z protogwiazdy stają się od razu nadolbrzymami. Wyznają zasadę żyć krótko, ale z biglem, umierać młodo. Takie gwiazdy wybuchają jako supernowe. W zależności od tego, ile masy odrzucą podczas wybuchu, ich kolejne stadium to gwiazda neutronowa lub czarna dziura. Materia, którą odrzuciły, przez pewien czas istnieje jako mgławica planetarna, po czym rozpływa się w przestrzeni. W sprzyjających okolicznościach przyrody kumuluje się znowu i w ten sposób materia gwiazdy umarłej tworzy gwiazdę, która dopiero się rodzi. Czy to nie piękne, że w naszych ciałach nosimy kosmos? Pierwiastki tworzące nasze organizmy wchodziły kiedyś w skład niejednej supernowej, o której już nikt nie pamięta.

Masa gwiazdy może być jednak za mała, by efektownie zakończyć żywot w postaci wybuchu. Co wtedy? Wtedy po odrzuceniu zewnętrznej otoczki przekształca się w białego karła, a ten - powoli wygasając - staje się w końcu czarnym karłem. Zimną kulą materii.


2 komentarze :

  1. Nie pamiętam całej telenoweli, ale pamiętam że to była jedna z tych, gdzie kilkuminutowa rozmowa ciągnęła się przez kilka odcinków. Tego nie dało się oglądać. Niemniej akcja była dużo bardziej wartka niż kosmosu, który zmienia się dla nas, małych obserwatorów z okruszka na brzegu z jednej z galaktyk, tylko w tempie światła. Czekam na kolejne odcinki ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialny wpis, czekamy na więcej :D

    OdpowiedzUsuń