Philae i lądowanie na komecie, czyli dziesięć lat drogi do szczęścia

Świat oszalał. Świat się autentycznie wziął i zachwycił, a trzeba mu przyznać, że zrobił to całkiem słusznie. Po raz pierwszy w historii ludzkości sonda Philae (właściwie lądownik, bo sonda nazywa się Rosetta) wylądowała na komecie. Na takiej komecie, co to ona jeszcze zimna jest, bo daleko od Słońca się znajduje. W miarę zbliżania się doń temperatura będzie wzrastać, aż w końcu malownicze ciało niebieskie utraci część swego jestestwa za sprawą okazałego ogona.

 fot. ESA/Rosetta/MPS for OSIRISTeamMPS/UPD/LAM/IAA/SSO/INTA/UPM/DASP/IDA/Handout  /  źródło: Reuters. Zdjęcie z nauka.newsweek.pl

Świat się więc zachwycił i warto podkreślić kilka rzeczy, żeby zrozumieć, jak ważne przedsięwzięcie to było. Po pierwsze sondę wysłano 10 lat temu. Tyle czasu zajęło jej dotarcie do komety, której trajektorię wcześniej, rzecz jasna, gruntownie poznano. Jądro komety ma średnicę 4 km i to jest dosłownie pył w przestrzeni kosmicznej. Wysłać sondę miliony kilometrów wgłąb Układu Słonecznego i wcelować w bryłę wielkości 4 km, to tak jakby z odległości kilku kilometrów spróbować wcelować kamieniem w jajko i wiedzieć, że ma się tylko jedną próbę. Masa pieniędzy i pracy sztabu ludzi z kilkunastu państw mogłaby pójść na marne w jednej sekundzie. Gdyby się nie powiodło - koniec. Nici z dziesięcioletniego czekania. Nic więc dziwnego, że zaraz po udanym lądowaniu w "centrum dowodzenia" wybuchła nieprawdopodobna radość. Gdyby to byli Polacy, chlaliby ze szczęścia jeszcze przez tydzień ;)

Zanim nastało szczęście, były i chwile grozy. Okazało się, że nawalił gazowy silnik, który był odpowiedzialny za stabilne lądowanie i miał "przyciągnąć" sondę do komety. Wyobraź sobie, że dziesięć lat dążysz do celu i tuż przed metą okazuje się, że nie działa ci jakaś pierdoła, od której zależy powodzenie przedsięwzięcia, a nie masz możliwości jej naprawienia. No nie wściekłbyś się? Poradzono sobie jednak i bez tego silniczka.

Pierwotnie inna kometa była wybranką, nie maleńka 67P/Czuriumow-Gierasimienko, ale... start się opóźnił, kometa zdążyła pokonać już pewien kawałek kosmosu i diabli wzięli całe przedsięwzięcie. Trzeba było wybrać inną, jeszcze raz wszystko przeliczyć i wysłać w jej kierunku Rosette.

No i jest. Udało się, a lądownik i sonda spamują zdjęciami internety. Spamowały właściwie, bo baterie lądownika działały przez 64 godziny, na tyle były przygotowane. Dziesięć lat czekania, niecałe trzy dni działania. Warto było.

0 komentarze :

Prześlij komentarz