Tytan, Mimas, Rea i... Sally

- A niech to jasna cholera! - zaklęła Sally i stało się jasne, że poziom jej irytacji nie osiągnął jeszcze apogeum. 
Sally potrafiła przeklinać znacznie gorzej. "Cholerę" można było uznać nawet za rodzaj dogłębnego westchnięcia połączonego z refleksją (raczej nieprzyjemną) odnośnie ludzkiej natury. Natura ta, jak widać, nieco zalazła Sally za skórę, ale nie na tyle, by warto jej było poświęcić więcej uwagi poza jedną skromną "cholerą".

Szła, a raczej przeciskała się korytarzem stacji kosmicznej, złorzecząc w duszy temu debilowi, który zaprojektował ją w sposób tak nieergonomiczny. Kilka lat przygotowań, pół roku podróży kosmicznej, podczas której stało się jasne, że nie ze wszystkimi będzie żyć w zgodzie i harmonii, by w końcu wylądować właśnie tu, w bloku numer 5, w ramach trzeciej zmiany kontyngentu Saturna. Przestrzegano ją, że na stacji wszelakich wygód nie ma, ale nie przypuszczała, że relacje były ukryte pod aż tak obszernym płaszczykiem eufemizmu. Na stacji było po prostu strasznie.

- A niech to jasna cholera.

Sally dotarła do miejsca, w którym miała sprawdzić stan tego i owego zgodnie z listą kontrolną. Sprawdziła. Wszystko grało. Przeklinając udrękę sztucznej grawitacji podążyła długim korytarzem ku laboratoriom, by sprawdzić, jak tam radzi sobie fauna i flora. Fauna w postaci niewielkich i raczej nieciekawych owadów miała całość sytuacji głęboko w swej owadziej dupie. Jej i florze było doskonale obojętne, że dorasta nie na matce-Ziemi, mając nad sobą błękit nieba usiany stratusami, cumulusami czy innymi tworami pary wodnej, owocującymi deszczem, a pod szkłem w stacji kosmicznej, leniwie sunącej przez względną próżnię po orbicie wokół ogromnej, gazowej planety. Sally pomyślała, że sporo by dała za chwilę świadomości i odczuwania na poziomie muszek owocówek i pewnego, dosyć brzydkiego gatunku trawy. Niestety zupełnie pechowo była dość empatyczna i na dodatek świetnie wiedziała, pomieszka na orbicie Saturna jeszcze trzy lata. 

- A niech to jasna cholera!

Otwierając przezroczystą śluzę laboratorium za pomocą cyfrowego kodu, zastanawiała się, czy jest coś, za czym mogłaby tęsknić po powrocie na Ziemię. Nie za Benem, jej przełożonym, nie za Frankiem, pierwszym pilotem, a już na pewno nie za Carlą. W ogóle nie za ludźmi, bo w końcu, na miłość boską, całe życie z debilami. Emocji szczególnych na co dzień wyprawa nie generuje, doglądanie rozrodu muszek owocówek trudno uznać za podniecające zadanie, każdy dzień wygląda mniej więcej tak samo z jasno rozpisanym harmonogramem i podziałem obowiązków bez wyjątków i nieprzewidzianych zdarzeń. Czy jest więc coś?

Jest. Sally podeszła do niewielkiego czegoś, co pełniło funkcję okna (miło, że chociaż o tym pomyślano przy projektowaniu tego chłamu) i wyjrzała. Tak, sytuacja, kiedy na niebie jest więcej niż jeden księżyc i wszystkie trzy są w nowiu, jest absolutnie piękna i niesamowita.

Zdjęcie zrobione przez sondę Cassini (źródło: NASA)

Tytan, Mimas i Rea. Zdecydowanie dla takich widoków warto było się tu znaleźć, zdecydowanie wynagradzały wszelkie mankamenty, łącznie z niezrozumieniem i samotnością. Księżyce tego olbrzyma, jego system pierścieni i on sam - samo piękno. Zimne, nieprzystępne, ale doskonałe. Cóż, jeszcze trzy lata i już nigdy więcej ich nie zobaczy. Sally westchnęła.

- A niech to jasna cholera!


0 komentarze :

Prześlij komentarz